Szukaj na tym blogu

17 listopada 2025

Czerwona wstążka

3. Jedno spojrzenie za dużo


Grzesiek, Sławek, Darek i Marek — czterech chłopaków, którzy mieli wrażenie, że cały świat dopiero się przed nimi otwiera. Stali pod dębem, kopiąc drobne kamienie, śmiejąc się z byle czego i udając, że zimno im nie przeszkadza. W końcu przecież byli już „prawie dorośli”. Każdy z nich miał w plecaku po jednym listku papieru toaletowego, dwie kanapki i marzenie, że po praktykach kupi sobie coś, co sprawi, że inni powiedzą: „Ty, ale się dorobił!”.

Grzesiek właśnie kończył opowiadać historię o tym, jak kierownik sadu pomylił jego imię z „Grzesznikiem” i od tej pory wszyscy tak na niego wołali.

– No przecież nie mogłem nie zareagować! – tłumaczył, śmiejąc się sam z siebie. – Jak już ma być grzesznik, to pełną parą.

Sławek parsknął, poprawiając włosy, które z uporem stylizował na „miejskiego chłopaka” – żel, grzebień i pewność siebie robiły robotę.

– Ty, Grzesznik, lepiej powiedz, jak tam ta dziewczyna z technikum? Widziałem, że na ciebie patrzyła.

– Nie na mnie, tylko na Marka – wtrącił Darek, z tym swoim spokojnym tonem, który zawsze rozbrajał resztę. – Jakbyś miał oczy, to byś widział.

Grzesiek zaraz się odwrócił do Marka.

– Oho! No proszę, nasz poeta się zakochał.

Marek uśmiechnął się półgębkiem, ale nie odpowiedział. Nie musiał. Wszyscy widzieli, jak spoglądał na dziewczynę, kiedy przechodziła przez dziedziniec.

Wieczorem, przy starym traktorze pod dębem, z lampą jarzeniową zawieszoną na kablu między drzewami, chłopaki popijali herbatę z termosu. Beata zbliżała się powoli, stąpając ostrożnie po mokrych kamieniach. Światło lampy kładło się na niej jak cienka poświata, odbijając w kroplach rosy błysk, który chłopakom kojarzył się raczej z filmami niż z rzeczywistością. Pierwszy zauważył ją Sławek.

– No, no… Ktoś tu chyba zgubił księżniczkę pośród jabłoni – rzucił półgłosem i szturchnął Grześka w bok.

– Albo przyszła zobaczyć, jak wygląda prawdziwa elita robotnicza – odparł Grzesiek z udawaną powagą, poprawiając czapkę.

Marek nie odezwał się ani słowem. Wzrok miał wbity w ziemię, jakby bał się, że jedno spojrzenie za dużo coś zdradzi. Ale widział ją kątem oka – w kurtce z kołnierzem obszytym sztucznym futerkiem, z ciężkim warkoczem, z którego wymknęło się kilka ciemnych pasm.

Beata stanęła kilka kroków od nich, w lekkim półcieniu.

– Dobry wieczór – powiedziała nieśmiało, z uśmiechem, który sprawił, że nawet Darek na chwilę przestał udawać, że wcale się nie przygląda. – Chciałam tylko zapytać… czy wy to z tej szkoły z południa?

– Z tej samej, co te jabłka z sadu – odparł Grzesiek i od razu dostał kuksańca od Sławka.

– Nie słuchaj go. On czasem mówi, zanim pomyśli – dodał Darek z pobłażliwym tonem.

– A czasem wcale nie myśli – dopowiedział Sławek, na co Beata roześmiała się cicho, trochę z zażenowaniem, trochę z sympatią.

Wtedy odezwał się Marek. Cicho, spokojnie, jakby mówił bardziej do siebie niż do niej.

– Tak, jesteśmy z południa. Praktyki. Pomagamy w sadach u Gierlickiego.

– Wiem – przytaknęła. – Mój tata tam wozi skrzynki.

– To znaczy, że jesteś stąd? – spytał nieco odważniej.

– Z drugiej strony rzeki. – Uśmiechnęła się. – Tu zawsze wieje od pól, ale dzisiaj wyjątkowo pachnie jabłkami.






Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Przeczytaj

Zapach rozkoszy

14. Błagając o więcej A później gwałtownie wyszedł z jej ust – wysunął się powoli, lecz zdecydowanie, zostawiając w niej pustkę gorącą i nat...