6. Między rozbawieniem a zaciekawieniem
Remiza dudniła muzyką, która niosła się aż za ostatnie domy we wsi. Dym z papierosów wisiał pod sufitem jak mleczna mgła, a podłoga kleiła się od rozlanego piwa. Kolorowe żarówki mrugały w rytm utworu „Jesteś szalona”, a z głośników dobiegał głuchy bas, jakby ktoś walił sercem o deski.
Marek wszedł za Beatą, starając się nie potknąć. Było duszno, gwarno, tłoczno. Pachniało potem, wódką i perfumami, które przypominały mydło w kostce. Nie wiedział, gdzie stanąć, gdzie spojrzeć. Wydawało mu się, że każdy ruch jest zbyt głośny, że każdy patrzy właśnie na niego.
Beata obejrzała się przez ramię, uśmiechnięta.
– Co, zamurowało cię? – zapytała z rozbawieniem.
– Ja… nie wiem, jak tu się… – zaczął, ale nie dokończył.
– Przestań. – Chwyciła go za rękę. – To tylko zabawa, nie konkurs.
Pociągnęła go na parkiet.
Deski pod ich nogami drżały od kroków tańczących, a tłum falował jak jedno ciało. Marek starał się dotrzymać jej kroku, ale ktoś co chwilę go szturchnął, ktoś inny oblał piwem. Czuł, jak serce podchodzi mu do gardła.
– Patrz na mnie, nie na buty – powiedziała Beata, śmiejąc się.
I wtedy muzyka zwolniła. Z głośników popłynęło „Zawsze tam, gdzie Ty”. Światła przygasły, tylko kolorowe żarówki migotały miękko, jakby noc chciała wciągnąć wszystkich w jeden długi sen.
Beata spojrzała na niego uważnie.
– No? – szepnęła.
Zrobił krok w jej stronę. Wyciągnął rękę. Jej dłoń była ciepła, miękka. Gdy położyła drugą na jego ramieniu, poczuł, że zniknęło wszystko poza nią.
Nie zauważył, kiedy przestał słyszeć muzykę. Świat rozmył się, a pozostał tylko rytm jej oddechu i zapach włosów – czysty, słodki, jak pranie suszone na słońcu.
Poruszali się powoli, nieporadnie, ale w tej nieporadności było coś prawdziwego.
Jej czoło dotknęło jego policzka.
– Marek… – wyszeptała.
– Hm?
– Nic. – Uśmiechnęła się i oparła głowę o jego ramię.
Wtedy poczuł, że coś się w nim otwiera – coś, czego nie potrafiłby nazwać. Nie wiedział, czy to miłość, czy tylko złudzenie w kolorowym świetle remizy. Wiedział tylko, że chciał, by ten taniec nigdy się nie skończył.
***
Muzyka płynęła dalej, niosąc słowa o miłości i szaleństwie, ale dla Marka istniał już tylko cichy, pulsujący rytm – ten, który bił z miejsca, gdzie jej dłoń spoczywała na jego ramieniu. Czuł każde drgnienie jej palców przez cienki materiał koszuli. Jego własna dłoń, oparta lekko na jej talii, poruszała się nieśmiało, prowadzona przez nią w tym powolnym, kołyszącym tempie.
Jej oddech był ciepły na jego szyi, wypełniał przestrzeń między nimi zapachem lekkich, kwiatowych perfum i czegoś głębszego, czysto jej – mleka, miodu i ciepła skóry. Pochylił głowę, pozwalając, by jego policzek musnął jej włosy. Były miękkie, jedwabiste, a czerwona wstążka, którą były przewiązane, dotknęła jego skóry jak delikatny pocałunek.
– Nie jesteś zbyt rozmowny – szepnęła, a jej głos ledwie przebił się przez melodię.
– Boję się, że jak coś powiem, to się obudzę – odpowiedział. Jego głos zabrzmiał obco, zachrypnięty od napięcia.
Zaśmiała się cicho, a on poczuł ten śmiech – drżenie, które przeszło przez jej ciało przytulone do niego.
– To nie sen. Chyba że śpimy oboje.
Odsunęła się lekko, by na niego spojrzeć. W migotliwym świetle jej oczy wydawały się ciemniejsze, głębsze. Patrzyła na niego tak, jakby chciała zapamiętać każdy szczegół – jego napięcie, sposób, w jaki zaciskał szczękę, lekkie drżenie dłoni na jej plecach.
– To twoja pierwsza taka zabawa? – zapytała.
– Pierwsza... z tobą – odparł, a gorąco oblało mu kark. Zabrzmiało to śmielej, niż chciał.
Uśmiechnęła się wolno, z pewnością siebie. W jej spojrzeniu było coś między rozbawieniem a zaciekawieniem.
– Bądź ostrożny. Takie słowa można łatwo źle zrozumieć.
– A jak je zrozumiałaś?
– Że może jesteś odrobinę odważniejszy, niż wyglądasz.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz