Szukaj na tym blogu

23 listopada 2025

Czerwona wstążka

9. Opowiada swoje historie


– Myślałeś, że co? – pociągnęła go lekko, odsuwając się od płotu. Szła tyłem, trzymając go za rękę i prowadząc w stronę bramy, w stronę ciemnej alejki ciągnącej się ku starej posiadłości. Jej oczy błyszczały w świetle księżyca. – Że chcę cię pocałować tutaj, gdzie każdy może wyjść i zobaczyć? Gdzie światła remizy wciąż na nas padają?

Marek poczuł, jak ziemia usuwa mu się spod nóg. Więc jednak…?

– A nie? – zdołał tylko wykrztusić.

– Och, może. – Zatrzymała się, pozwalając, by ją dogonił. Stanęli tak blisko, że jej sweter musnął jego koszulę. – Ale nie tutaj.

Podniosła ich splecione dłonie i delikatnie przycisnęła jego kostki do swoich ust. To nie był pocałunek. To był dotyk – ciepły, suchy, przelotny. Muśnięcie warg, które rozniosło po jego ciele elektryczny dreszcz, każąc każdej komórce zadrżeć.

– Gdzie więc? – zapytał, a jego głos zabrzmiał obco – chrapliwie, z nową, nieznaną pewnością.

Uśmiechnęła się – tajemniczo, pewnie – i znów pociągnęła go za sobą.

– Chodź.

Szli alejką, z dłońmi splątanymi jak korzenie. Dźwięk muzyki z remizy powoli cichł, zastępowany przez szelest żwiru pod stopami i głośny oddech Marka, który wciąż próbował dojść do siebie. Ona szła pewnie, prowadząc go przez znajomą ciemność, jej profil odcinał się wyraźnie na tle jaśniejszego nieba, a w oddali majaczyła czarna sylwetka dworku.

Zapach wilgotnej ziemi i gnijących jabłek stawał się coraz intensywniejszy, niemal odurzający. Pachniało jak tajemnica. Jak coś, co czai się tuż pod powierzchnią.

Wreszcie stanęli przed bramą. Drewniana furtka skrzypnęła cicho, gdy ją pchnęła – jakby rozpoznała jej dotyk, jakby szeptała powitanie. Weszli na dziedziniec. Tu było jeszcze ciemniej. Stary dąb rozpościerał nad nimi czarną płachtę cienia, pod którą nawet światło księżyca zdawało się gasnąć. Dworek przed nimi wyrastał z mroku – milczący, ogromny, o oknach pustych jak ślepe oczy.

– Dlaczego tu jest tak ciemno? – spytał Marek, zniżając głos, jakby bał się obudzić to miejsce.

– Awaria – odparła po chwili.

– Awaria? – powtórzył z niedowierzaniem.

– Tak. Chyba jakieś zwarcie. To się tu często zdarza – linia, która doprowadza prąd, jest stara jak sam dworek.

– Nic nie widzę – mruknął. – Jakby wszystko pochłonęła noc.

– Może to to samo co w remizie.

– Ale tam nie zgasło światło.

– Bo mają generator. Włącza się automatycznie. – Zatrzymała się na środku dziedzińca i odwróciła do niego. – Ale to dobrze.

– Dobrze? – powtórzył z lekkim niepokojem.

– Że jest tak ciemno. – Uśmiechnęła się ledwo widocznie. – Wtedy dworek mówi wyraźniej.

– Mówi?

– Opowiada swoje historie. – Jej głos był miękki, ale niósł w sobie coś hipnotycznego. – Czasem smutne. Czasem straszne.

– No i? – szepnął Marek. Jego szept wsiąkł w ciszę, jak w gąbkę. – Opowiada ci je?

Zbliżyła się do niego powoli. W jej oczach błysnął refleks księżyca, a w tym spojrzeniu było coś niepokojącego – jakby na chwilę nie była już dziewczyną z zabawy, tylko kimś innym.

– Może dziś usłyszysz je sam – powiedziała.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Przeczytaj

Zapach rozkoszy

14. Błagając o więcej A później gwałtownie wyszedł z jej ust – wysunął się powoli, lecz zdecydowanie, zostawiając w niej pustkę gorącą i nat...