Szukaj na tym blogu

26 listopada 2025

Czerwona wstążka

12. Ciepło, pragnienie i coś jeszcze 


Marek poczuł, jak dreszcz przebiega mu po plecach — nie tylko od chłodu, który nagle wdarł się między nich, ale od szmeru, który nie chciał ucichnąć. Dworek zdawał się oddychać: stare belki skrzypiały, powietrze gęstniało od zapachu wilgoci i słodkiego rozkładu, jak jabłka, które zbyt długo leżały w trawie.

Beata wciąż miała dłoń na jego piersi. Jej palce zesztywniały, jakby nasłuchiwała razem z nim.

– Słyszałaś to? – wyszeptał, bojąc się, że każdy ruch rozbije tę kruchą bańkę.

Jej oddech musnął jego szyję — ciepły, wilgotny, kontrastujący z chłodem, który sączył się przez szczeliny okien.

– Tak – odpowiedziała po chwili. – To on. Dworek. Pamięta wszystko.

Odsunęła się lekko, zostawiając po sobie pustkę i ciepło, które znikało zbyt szybko. W poświacie z okna jej oczy błyszczały jak szkło — ciemne, pełne napięcia. Zsunęła palce po jego koszuli, ledwie muskając materiał.

– Chodź – szepnęła.

Pociągnęła go w głąb jadalni. Pianino w kącie milczało, choć zdawało się czuwać. Usiadła na ławie, a on obok niej. Ich kolana zetknęły się na moment. To wystarczyło, by powietrze zgęstniało.

– Opowiedz mi coś o sobie – powiedziała cicho, nie patrząc na niego. – Coś, czego nikt nie wie.

Zawahał się.

– Zawsze bałem się, że jestem za cichy. Że dziewczyny wolą takich jak Grzesiek. Głośnych. Pewnych.

Uśmiechnęła się ledwie.

– A ja lubię cichych. Bo słuchają.

Jej dłoń spoczęła na jego kolanie, lekka, niepewna. Potem przesunęła się nieznacznie w górę, jakby odruchowo. Marek wstrzymał oddech.

Wtedy znów coś zaszurało na piętrze. Kroki? Wiatr? Beata zamarła.

– Słyszałeś? – wyszeptała, a jej dłoń zadrżała.

– Może ktoś tu jest – odpowiedział. Ale nie puścił jej dłoni.

Spojrzała na niego i przez chwilę zdawało mu się, że widzi w jej oczach cień strachu — albo wspomnienia.

– Czasem przychodzę tu sama – powiedziała. – Myślę.

Zbliżyła się. Jej twarz była tuż przy jego, oddech mieszał się z jego oddechem. Gdy wreszcie dotknęła jego warg, to był pocałunek ledwie zauważalny, niepewny — jakby bali się, że dworek ich usłyszy.

Zapach jabłek, zapach deszczu, szmer starego drewna. Świat zwęził się do ciepła jej skóry i jego dłoni na jej karku.

Wtem z góry znów rozległ się trzask. Beata drgnęła.

– Chodź – powiedziała nagle. – Pokażę ci coś.

Schody skrzypiały pod ich krokami, jakby coś w nich żyło. Na górze, w półmroku, otworzyła drzwi. Pokój był mały, z widokiem na sad, w którym mgła wirowała jak duchy.

Zamknęła za nimi drzwi. Przez chwilę milczeli.

Potem po prostu objęła go, opierając głowę o jego ramię.

Cisza dworku wypełniła wszystko.

Była w niej niepewność, ciepło, pragnienie i coś, czego oboje nie potrafili nazwać.

Marek nie wiedział jeszcze, że zapamięta tę noc nie przez to, co się wydarzyło — lecz przez to, co zatrzymał w sobie, zanim odważył się ją dotknąć naprawdę.






Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Przeczytaj

Zapach rozkoszy

14. Błagając o więcej A później gwałtownie wyszedł z jej ust – wysunął się powoli, lecz zdecydowanie, zostawiając w niej pustkę gorącą i nat...