12. Ciepło, pragnienie i coś jeszcze
Marek poczuł, jak dreszcz przebiega mu po plecach — nie tylko od chłodu, który nagle wdarł się między nich, ale od szmeru, który nie chciał ucichnąć. Dworek zdawał się oddychać: stare belki skrzypiały, powietrze gęstniało od zapachu wilgoci i słodkiego rozkładu, jak jabłka, które zbyt długo leżały w trawie.
Beata wciąż miała dłoń na jego piersi. Jej palce zesztywniały, jakby nasłuchiwała razem z nim.
– Słyszałaś to? – wyszeptał, bojąc się, że każdy ruch rozbije tę kruchą bańkę.
Jej oddech musnął jego szyję — ciepły, wilgotny, kontrastujący z chłodem, który sączył się przez szczeliny okien.
– Tak – odpowiedziała po chwili. – To on. Dworek. Pamięta wszystko.
Odsunęła się lekko, zostawiając po sobie pustkę i ciepło, które znikało zbyt szybko. W poświacie z okna jej oczy błyszczały jak szkło — ciemne, pełne napięcia. Zsunęła palce po jego koszuli, ledwie muskając materiał.
– Chodź – szepnęła.
Pociągnęła go w głąb jadalni. Pianino w kącie milczało, choć zdawało się czuwać. Usiadła na ławie, a on obok niej. Ich kolana zetknęły się na moment. To wystarczyło, by powietrze zgęstniało.
– Opowiedz mi coś o sobie – powiedziała cicho, nie patrząc na niego. – Coś, czego nikt nie wie.
Zawahał się.
– Zawsze bałem się, że jestem za cichy. Że dziewczyny wolą takich jak Grzesiek. Głośnych. Pewnych.
Uśmiechnęła się ledwie.
– A ja lubię cichych. Bo słuchają.
Jej dłoń spoczęła na jego kolanie, lekka, niepewna. Potem przesunęła się nieznacznie w górę, jakby odruchowo. Marek wstrzymał oddech.
Wtedy znów coś zaszurało na piętrze. Kroki? Wiatr? Beata zamarła.
– Słyszałeś? – wyszeptała, a jej dłoń zadrżała.
– Może ktoś tu jest – odpowiedział. Ale nie puścił jej dłoni.
Spojrzała na niego i przez chwilę zdawało mu się, że widzi w jej oczach cień strachu — albo wspomnienia.
– Czasem przychodzę tu sama – powiedziała. – Myślę.
Zbliżyła się. Jej twarz była tuż przy jego, oddech mieszał się z jego oddechem. Gdy wreszcie dotknęła jego warg, to był pocałunek ledwie zauważalny, niepewny — jakby bali się, że dworek ich usłyszy.
Zapach jabłek, zapach deszczu, szmer starego drewna. Świat zwęził się do ciepła jej skóry i jego dłoni na jej karku.
Wtem z góry znów rozległ się trzask. Beata drgnęła.
– Chodź – powiedziała nagle. – Pokażę ci coś.
Schody skrzypiały pod ich krokami, jakby coś w nich żyło. Na górze, w półmroku, otworzyła drzwi. Pokój był mały, z widokiem na sad, w którym mgła wirowała jak duchy.
Zamknęła za nimi drzwi. Przez chwilę milczeli.
Potem po prostu objęła go, opierając głowę o jego ramię.
Cisza dworku wypełniła wszystko.
Była w niej niepewność, ciepło, pragnienie i coś, czego oboje nie potrafili nazwać.
Marek nie wiedział jeszcze, że zapamięta tę noc nie przez to, co się wydarzyło — lecz przez to, co zatrzymał w sobie, zanim odważył się ją dotknąć naprawdę.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz