1. Zamknijcie oczy
Edyta – samo imię sprawia, że serce mi wali, jak tylko o niej pomyślę albo wyobrażę sobie jej twarz. Próbuję ją opisać, ale to trudne. Piękna? Klasycznie – nie, przeciętna. Dla mnie jednak jest piękna taka, jaka jest. Nie wiem czemu. To te drobne rzeczy: lekko krzywy uśmiech, pieprzyk nad wargą, oczy trochę za blisko siebie. Osobno wyglądałyby jak wady, ale razem… coś w tym jest. Spojrzysz raz, niby przypadkiem, i już nie możesz oderwać wzroku. Chcesz patrzeć dalej, coraz dłużej.
Zacznijmy od oczu, bo to one są najważniejsze, nie? Jej oczy – czarne albo bardzo ciemny brąz. Tęczówki zlewają się ze źrenicami, więc wydają się ogromne. Błyszczą. Na słońcu widać je z daleka, z kilkunastu metrów. Ciemne rzęsy i grube brwi tylko to podkreślają.
Nos? Zwykły, prosty, nie za duży. Nic szczególnego. Ale usta… o rany. Wąskie, z ostrym konturem, jakby ktoś je narysował. Te usta plus te oczy – to mnie rozwala za każdym razem.
No dobra, mógłbym tak siedzieć i pisać o niej godzinami, ale nie o to chodzi. Chcę opowiedzieć jedną historię, która wydarzyła się dawno temu. Edyta dzisiaj to dojrzała kobieta, mama czwórki dzieci – pewnie by się speszyła, gdyby to przeczytała. Ale wtedy… wtedy miała dwadzieścia lat, prawie tyle co ja, i była dla mnie gwiazdą, która świeciła jaśniej niż całe niebo. Jako młody chłopak kochałem się w niej bez pamięci, zapominając o wszystkim – co wolno, czego nie, co wypada, a co nie.
Aha, zapomniałem dodać – Edyta była blondynką. I jest. Kolor włosów trudny do nazwania: jasny, ale nie platynowy, taki blond z żółtawym, słonecznym połyskiem, który iskrzył w słońcu. Zazwyczaj rozczochrane, w tym swoim artystycznym nieładzie – to dodawało jej uroku, lekkości i jakiejś takiej młodzieńczej energii.
I jeszcze jedno – prawie bym przeoczył: Edyta, przy swoim dość wysokim wzroście, była bardzo szczupła. Niektórzy mówili, że aż za bardzo, że wygląda trochę anorektycznie. Ja tego tak nie widziałem. Dla mnie ta kruchość, jakby przy mocniejszym dotyku miała się rozpaść, tylko dodawała jej czegoś eterycznego, ulotnego. Inne dziewczyny mogły jej tego tylko zazdrościć.
Dobra, teraz mogę już przejść do tej historii – tej, co siedzi mi głęboko w sercu i którą pewnie chcecie usłyszeć.
To był stary dom. Niektórzy mówili „dworek”, ale nie, to nie był żaden dworek. Podróbka, stylizacja z lat dwudziestych na pałacyk. Ale to tylko tło. Może bez znaczenia. A może jednak coś znaczy. Zobaczymy.
Zamknijcie oczy ze mną – wracam do tamtego dnia, do tych paru chwil. Widzę to jak obraz, jakby się działo teraz. Stara balustrada, niby rzeźbiona, ale nie – odlana z betonu. Grube słupy, gruba poręcz, wszystko pomalowane na biało jakąś tandetną farbą, która już dawno odłazi. Beton sczerniały, popękany, tynk sypie się ze schodów. A tuż obok, u samego dołu, wyrasta mały krzak dzikiego bzu. Metr, może trochę więcej, ale kwitnie – na ciemny bordo. Młody, ale pełen życia, pnie się w górę. Pachnie. Te drobne kwiatki dopiero się rozwijają, a ja prawie czuję ich zapach.
I ona – Edyta – stoi bokiem i odwraca do mnie głowę. Przymruża te swoje ciemne oczy, lekko unosi kąciki wąskich ust i patrzy – uważnie, z ciekawością i odrobiną zadziorności w spojrzeniu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz