10. Nie są tu sami
Beata podeszła do drzwi i bez wahania sięgnęła nad framugę. Zrobiła to z taką pewnością, jakby znała każdy sęk w tym drewnie. Po chwili jej palce znalazły klucz.
– Klucz? Skąd wiedziałaś, że tam był? – zdziwił się Marek.
Uśmiechnęła się lekko, prawie ciepło.
– Zawsze tu jest – powiedziała cicho.
Metal zazgrzytał, gdy wsunęła go do zamka.
– Ten dworek czasem mówi – dodała, popychając ciężkie drzwi. – Ale częściej woli słuchać.
Drzwi otworzyły się z przeciągłym jękiem. Ciemność za progiem wessała światło księżyca, jakby pochłaniała każdy promień. Uderzył ich zapach starego drewna i czegoś słodkiego – nuta konfitury z dzikich jabłek, rozlanej dawno temu i wciąż obecnej w powietrzu. Słodycz, która niepokoiła.
Beata weszła pierwsza. Jej sylwetka zniknęła w mroku. Marek zawahał się – przez moment ogarnęła go świadomość tego, gdzie jest. Sam, w nocy, z dziewczyną, której spojrzenie wciąż miał pod powiekami.
– Boisz się? – jej głos dobiegł z ciemności, cichy, prawie drażniący.
Zrobił krok naprzód. Drzwi zamknęły się za nim z głuchym stuknięciem, odcinając światło. Ciemność miała ciężar, zapach i ciepło – przylegała do skóry jak tkanina.
Poczuł jej dłoń szukającą jego. Ujął ją mocno, splatając palce.
– Nie – skłamał. – Tylko nic nie widzę.
– Wzrok się przyzwyczai. Chodź.
Prowadziła go przez mrok. Każdy skrzyp podłogi był jak szept, a echo ich oddechów odbijało się od ścian. Po chwili zobaczył blade prostokąty okien – wystarczyło światła, by dostrzec zarys jej warkocza, cień ramion.
– Jadalnia – szepnęła. – Stół pośrodku, pianino w kącie. Pamiętasz?
Skinął głową, choć wiedziała, że tego nie widzi. W powietrzu czuć było przeszłość – coś ciężkiego, co nie chciało odejść.
– Chcesz usiąść? – zapytała. Była tak blisko, że czuł jej oddech na policzku, ciepło bijące z ciała.
– Nie – wyszeptał.
Wyciągnął rękę, dotykając swetra przewiązanego w jej talii, potem jedwabiu sukienki. Jego palce zatrzymały się, jakby nie chciały puścić.
– Beata…
– Tak?
– Po co tu przyszliśmy, skoro nie ma światła?
Ich czoła zetknęły się. Czuł jej oddech – słodki, miękki, bliski.
– Żeby porozmawiać – szepnęła. – Bez tych ludzi. Bez świateł.
– Rozmawiamy? – jego głos był prawie śmiechem, ale drżał.
– Jeszcze nie – odparła.
Jej palce wsunęły się w jego włosy, pociągając głowę w dół.
– Najpierw… tamta rzecz.
– Jaka? – spytał, choć już wiedział.
– Ta, o której myślałeś przy płocie – wyszeptała.
Jej oddech dotknął jego warg. To nie był pocałunek – tylko obietnica. Wstęp do czegoś, co dopiero miało się wydarzyć.
I wtedy, dokładnie w tej chwili, gdy ich usta miały się spotkać, w mroku jęknęło coś ciężkiego.
Z rozstrojonego pianina popłynął pojedynczy, fałszywy dźwięk.
Beata zamarła. Ich dłonie wciąż były splecione, ale między nimi pojawił się chłód.
Cisza po tym dźwięku była gęstsza niż wcześniej, prawie namacalna.
Marek poczuł, że nie są tu sami.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz