Szukaj na tym blogu

8 listopada 2025

W ciszy dotyku

7. Zobaczył w niej światło


Księżyc wznosił się nad lasem, rozlewając po wodzie srebrne smugi. Powietrze było gęste od wilgoci i zapachu igliwia. Między drzewami migotały świetliki, jakby noc oddychała cichym światłem.

Ona stała na skraju polany, skrzypce przytulone do szyi, a smyczek unosił się i opadał z delikatnością, która miała w sobie więcej bólu niż muzyki.

Dźwięki, które wydobywała, nie były już melodią — raczej wyznaniem. Każda nuta pękała, jakby dźwięk próbował wydostać się z miejsca, gdzie serce nie chciało już milczeć.

Włoski na jej ramionach poruszały się w rytmie wiatru. Sukienka, ciemna jak noc, oplatała sylwetkę, a ciało napięte w skupieniu drżało od wewnątrz, jak struna.

Michał obserwował ją z kilku kroków. Cień przecinał jego twarz, oczy błyszczały zielonkawym blaskiem księżyca. Nie miał odwagi podejść.

– Przestań – powiedział w końcu. – Nie musisz już tego grać.

Opuściła smyczek, ale nie spojrzała na niego.

– Muszę. To jedyny język, w którym potrafię kłamać bez wstydu.

Zrobił krok naprzód. Szum liści pod butami zabrzmiał jak szelest papieru.

– Pisałem o tobie, tak. Ale nie po to, żeby cię zranić. Chciałem, żeby świat usłyszał, że istnieje ktoś, kto potrafi dotknąć muzyką tego, czego inni się boją.

Głos mu zadrżał. 

– Ale wtedy, po publikacji… zaczęli dzwonić. Sponsorzy, krytycy, szkoły. Chcieli cię mieć, a ja stałem i patrzyłem, jak cię to pożera.

Skrzypce zadrżały w jej dłoniach. 

– I milczałeś, kiedy znikałam – powiedziała cicho, nie patrząc na niego.

– Milczałem, bo się bałem, że wrócę do ciebie nie jako człowiek, tylko echo własnych słów.

Zrobił krok bliżej. Powietrze między nimi drgnęło.

– Ale wróciłeś – szepnęła.

– Bo nie potrafię inaczej.

Smyczek wysunął się z jej dłoni, upadł na ziemię. Oparła skrzypce o pień sosny, a dłonie uniosła do jego twarzy. Przesunęła palcami po wilgotnym policzku, po zarostach, po wargach. W tym geście było przebaczenie i gniew, i pragnienie.

Michał objął ją powoli, nie pewny, czy może. Ale gdy ich ciała zetknęły się, drżenie przeszło z niej na niego jak prąd.

Księżyc wspiął się wyżej, odsłaniając polanę – dwoje ludzi splecionych w półcieniu, w ciszy, której nie trzeba było tłumaczyć. Jego dłoń przesunęła się po jej włosach, potem po plecach, zatrzymując na karku.

– Nie chcę, żebyś grała dla świata – wyszeptał. – Zagraj kiedyś tylko dla mnie.

Odchyliła głowę, a jej usta, wciąż drżące od powstrzymywanego oddechu, musnęły jego skroń.

– Już gram – odpowiedziała.

Las oddychał wokół nich: liście szumiały, woda szeptała o brzegu, a powietrze pachniało deszczem, którego jeszcze nie było. Kiedy spojrzał w jej twarz, zobaczył w niej światło — nie sceniczne, nie złote, ale prawdziwe, ciche, nie do zgaszenia.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Przeczytaj

Zapach rozkoszy

14. Błagając o więcej A później gwałtownie wyszedł z jej ust – wysunął się powoli, lecz zdecydowanie, zostawiając w niej pustkę gorącą i nat...