7. Zobaczył w niej światło
Księżyc wznosił się nad lasem, rozlewając po wodzie srebrne smugi. Powietrze było gęste od wilgoci i zapachu igliwia. Między drzewami migotały świetliki, jakby noc oddychała cichym światłem.
Ona stała na skraju polany, skrzypce przytulone do szyi, a smyczek unosił się i opadał z delikatnością, która miała w sobie więcej bólu niż muzyki.
Dźwięki, które wydobywała, nie były już melodią — raczej wyznaniem. Każda nuta pękała, jakby dźwięk próbował wydostać się z miejsca, gdzie serce nie chciało już milczeć.
Włoski na jej ramionach poruszały się w rytmie wiatru. Sukienka, ciemna jak noc, oplatała sylwetkę, a ciało napięte w skupieniu drżało od wewnątrz, jak struna.
Michał obserwował ją z kilku kroków. Cień przecinał jego twarz, oczy błyszczały zielonkawym blaskiem księżyca. Nie miał odwagi podejść.
– Przestań – powiedział w końcu. – Nie musisz już tego grać.
Opuściła smyczek, ale nie spojrzała na niego.
– Muszę. To jedyny język, w którym potrafię kłamać bez wstydu.
Zrobił krok naprzód. Szum liści pod butami zabrzmiał jak szelest papieru.
– Pisałem o tobie, tak. Ale nie po to, żeby cię zranić. Chciałem, żeby świat usłyszał, że istnieje ktoś, kto potrafi dotknąć muzyką tego, czego inni się boją.
Głos mu zadrżał.
– Ale wtedy, po publikacji… zaczęli dzwonić. Sponsorzy, krytycy, szkoły. Chcieli cię mieć, a ja stałem i patrzyłem, jak cię to pożera.
Skrzypce zadrżały w jej dłoniach.
– I milczałeś, kiedy znikałam – powiedziała cicho, nie patrząc na niego.
– Milczałem, bo się bałem, że wrócę do ciebie nie jako człowiek, tylko echo własnych słów.
Zrobił krok bliżej. Powietrze między nimi drgnęło.
– Ale wróciłeś – szepnęła.
– Bo nie potrafię inaczej.
Smyczek wysunął się z jej dłoni, upadł na ziemię. Oparła skrzypce o pień sosny, a dłonie uniosła do jego twarzy. Przesunęła palcami po wilgotnym policzku, po zarostach, po wargach. W tym geście było przebaczenie i gniew, i pragnienie.
Michał objął ją powoli, nie pewny, czy może. Ale gdy ich ciała zetknęły się, drżenie przeszło z niej na niego jak prąd.
Księżyc wspiął się wyżej, odsłaniając polanę – dwoje ludzi splecionych w półcieniu, w ciszy, której nie trzeba było tłumaczyć. Jego dłoń przesunęła się po jej włosach, potem po plecach, zatrzymując na karku.
– Nie chcę, żebyś grała dla świata – wyszeptał. – Zagraj kiedyś tylko dla mnie.
Odchyliła głowę, a jej usta, wciąż drżące od powstrzymywanego oddechu, musnęły jego skroń.
– Już gram – odpowiedziała.
Las oddychał wokół nich: liście szumiały, woda szeptała o brzegu, a powietrze pachniało deszczem, którego jeszcze nie było. Kiedy spojrzał w jej twarz, zobaczył w niej światło — nie sceniczne, nie złote, ale prawdziwe, ciche, nie do zgaszenia.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz