1. Na końcu drogi
Chłodny wrześniowy wieczór otulał wieś ciężkim zapachem mokrej ziemi, dojrzałych jabłek i dymu z pieców, które powoli rozpalały się w każdym domu. Powietrze było gęste od wilgoci po popołudniowym deszczu, a wąska brukowana uliczka błyszczała, jakby ktoś polał ją lakierem. Liście przyklejone do kamieni wyglądały jak złote łuski, które spadły z nieba. W oddali słychać było, jak ktoś zamyka drewnianą furtkę, jak zaszczekał pies, a potem znowu zapadła ta charakterystyczna, prowincjonalna cisza — niby spokojna, ale w gruncie rzeczy pełna życia.
Na końcu drogi stał stary dworek, pamiętający jeszcze czasy, gdy po parku przechadzały się panie w długich sukniach, a w salonie grał ktoś na pianinie. Teraz zresztą nikt by już tego pianina nie poznał — leżało rozstrojone w kącie jadalni, z dziurą po papierosie w pokrywie i wazonem z plastikowymi tulipanami na wierzchu. Odpadający tynk odsłaniał cegły, które wilgoć barwiła na ciemnoczerwono. Drewniane ganki, kiedyś pełne skrzypienia i rozmów, teraz uginały się pod ciężarem czasu. A mimo to w tym miejscu było coś urzekającego — może to przez te ogromne okna z łuszczącą się farbą albo przez zapach starego drewna, który mieszał się z dymem z pieców.
Po zmroku dworek wyglądał trochę jak bohater, który przeżył więcej, niż chciałby pamiętać — zmęczony, ale z godnością. Kiedyś należał do jakiegoś ziemianina, później po wojnie urządzono w nim biura spółdzielni, a w latach siedemdziesiątych ktoś postanowił, że najlepiej będzie zrobić z niego hotel robotniczy. Wyszło, jak to wtedy wychodziło — krzywe ściany, farba olejna do połowy korytarza, wspólna łazienka na końcu piętra i kuchnia, w której każdy miał swój garnek i swoją łyżkę.
Z jednego z okien dobiegał dźwięk radia — jakaś stara piosenka z lat osiemdziesiątych, trochę za głośno, jakby ktoś chciał zagłuszyć ciszę. W środku, w jednym z pokoi, czterech chłopaków grało w karty przy stole przykrytym ceratą w zielone liście. Na parapecie stały dwie butelki oranżady, z której dawno już uleciały bąbelki, a pod stołem walały się buty przemoczone po całym dniu pracy. Darek siedział w kącie z „Bravo” w ręku, udając, że czyta, ale zerkał na resztę.
Za chwilę miała wejść ona — praktykantka z technikum ogrodniczego, z niebieskim plecakiem i włosami związanymi w warkocz. Jeszcze nie wiedziała, że ten wieczór zapamięta na długo. A jeden z chłopaków, ten cichy z końca stołu, już od tygodnia zastanawiał się, jak do niej zagadać, ale zawsze brakowało mu odwagi.
Tak zaczynała się historia, jakich w tamtych czasach było wiele — trochę śmieszna, trochę wzruszająca, pachnąca herbatą z metalowego czajnika i jabłkami z sadu za dworem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz