Szukaj na tym blogu

21 listopada 2025

Czerwona wstążka

7. Orzeźwiający powiew wrześniowej nocy


Nagle ktoś mocno popchnął Marka w plecy, wrzucając go prosto w nią. Zderzyli się ciałami – gwałtownie, z zaskoczenia – a jej piersi przez ułamek sekundy przywarły do jego klatki piersiowej. Oboje wstrzymali oddech. Jego ręce instynktownie objęły ją mocniej, by jej nie upuścić, przyciskając jej biodra do swoich. Ciepło, które między nimi wybuchło, było nagłe i elektryzujące.

Przez ten krótki, wirujący moment byli spleceni, złączeni od kolan po ramiona. Czuł każdy jej krągły kształt przez cienki materiał sukienki i własnych dżinsów.

– Przepraszam – wysapał, próbując się odsunąć, choć każdy centymetr jego ciała się temu sprzeciwiał.

Ale ona nie puściła. Jedną dłoń przesunęła z jego ramienia na kark, wsuwając palce w krótkie włosy na jego potylicy. Ten dotyk go sparaliżował.

– Już dobrze – szepnęła. – Trzymaj mnie. Tłum jest dziki.

Jego serce waliło jak młot. Trzymaj mnie. Te słowa dźwięczały w nim głośniej niż muzyka. Jego palce, wciąż spoczywające na jej talii, powoli rozluźniły uścisk i zsunęły się niżej, aż oparły się na miękkim łuku jej biodra. To był nieplanowany, śmiały gest. Poczucie tego nowego, intymnego kontaktu sprawiło, że zakręciło mu się w głowie.

Ona westchnęła cicho, a jej powieki na moment opadły. Gdy znów oparła głowę o jego ramię, jej usta znalazły się zaledwie kilka centymetrów od odsłoniętej skóry jego szyi. Czuł jej oddech – ciepły, wilgotny, niemal dotykający.

– Pachniesz jabłkami – mruknęła, a jej słowa były ledwie muśnięciem warg o jego obojczyk.

– To… to pewnie z sadu – wyjąkał, ledwie łapiąc oddech. Myśli wirowały mu jak liście na wietrze. Czy to tylko żart? A może coś więcej?

– Nie – zaprzeczyła cicho, prawie nie poruszając ustami, tuż przy jego skórze. Ciarki przeszły mu po karku. – To ty. Po prostu ty.

Muzyka znów zwolniła, przechodząc w kolejną balladę, ale oni już prawie nie tańczyli. Tylko delikatnie kołysali się w miejscu, stapiając się w jeden ciepły, oddychający kształt w półmroku. Jego dłonie trzymały ją pewnie, a jej palce wciąż gładziły jego kark, zataczając małe, hipnotyzujące kółka.

Nagle ostry zgrzyt metalu i pisk wzmacniaczy rozerwały ciszę między nimi. Muzyka zamilkła, zastąpiona przez gwar zirytowanych głosów i przekleństwa członków zespołu.

Światła w remizie zapłonęły pełnym, jaskrawym blaskiem.

Mrugając, odsunęli się od siebie. Jego dłonie opadły, nagle niepewne, a jej palce wysunęły się z jego włosów. Został po nich chłód i mrowienie.

W jasnym świetle widział ją teraz wyraźnie – rozwichrzone włosy, lekko zaróżowione policzki, usta wilgotne, rozchylone. Wyglądała jak ktoś, kto właśnie się obudził. I on pewnie wyglądał tak samo.

– Chyba… coś im się zepsuło – powiedział, niezręcznie wskazując głową w stronę estrady.

– Chyba tak – przytaknęła, a jej wzrok wciąż tkwił w nim, niepewny, jakby też szukał wskazówki, co dalej.

Tłum wokół nich zaczął się rozpraszać, kierując w stronę bufetu z piwem, ale oni wciąż stali na środku pustego już parkietu, przykuci do miejsca tą nagłą, niechcianą przerwą.

Beata otarła dłonie o sweter. 

– Może… wyjdziemy? – zaproponowała nieśmiało. – Na chwilę. Tu jest duszno.

– Tak – odparł natychmiast, zbyt gwałtownie, co znów wywołało uśmiech na jej twarzy. – Świetny pomysł.

Kierowali się w stronę wyjścia, przeciskając się przez tłum. Jego dłoń musnęła jej plecy, prowadząc ją, a ona nie cofnęła się. Drzwi remizy stały otworem, wpuszczając do środka chłodny, orzeźwiający powiew wrześniowej nocy.





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Przeczytaj

Zapach rozkoszy

14. Błagając o więcej A później gwałtownie wyszedł z jej ust – wysunął się powoli, lecz zdecydowanie, zostawiając w niej pustkę gorącą i nat...