Szukaj na tym blogu

22 listopada 2025

Czerwona wstążka

8. Chcesz tego samego co ja


Stanęli na zewnątrz, pod ciemnym, rozgwieżdżonym niebem. Ich oddechy unosiły się w powietrzu jak małe, ulotne obłoczki. Cisza po hałasie remizy była niemal fizycznie odczuwalna – jakby świat na chwilę przestał oddychać.

Beata otuliła się szczelniej swetrem i podeszła do drewnianego płotu. Oparła się o niego plecami, patrząc w górę. Marek stanął obok, bokiem, żeby móc ją widzieć.

– Lepiej? – zapytał.

– Dużo lepiej. – Uśmiechnęła się lekko i wskazała brodą niebo. – Patrz. Cały świat jest tutaj. A tam w środku… tylko żarówki i dym.

Podniósł wzrok, ale gwiazdy nie przyciągnęły jego uwagi na długo. Patrzył na nią – na profil odcinający się od ciemności, na światło księżyca, które osiadało na jej ustach jak dotyk.

Zrobiło się zbyt cicho. Nie było już muzyki, która mogłaby zagłuszyć trzepot jego serca. Nie było tłumu, który ukrywałby napięcie między nimi – gęste jak nocna mgła.

Ona też na niego spojrzała. Uśmiech zniknął z jej twarzy, ustępując miejsca czemuś poważniejszemu, skupionemu. Jej wzrok zatrzymał się na jego ustach.

Jego dłoń, spoczywająca na płocie, mimowolnie się zacisnęła. Między nimi wisiało coś niewypowiedzianego, a mimo to tak wyraźnego, że czuł je niemal fizycznie. W nim samym coś się przestawiło – jakby zapadła decyzja, o której nie zdążył pomyśleć. Powoli, z wahaniem, uniósł rękę i dotknął jej policzka. Skóra pod jego palcami była zimna od nocy, aksamitna i delikatna.

Nie cofnęła się. Jej powieki drgnęły, a oddech spłycił się, ale oczy pozostały otwarte – szerokie, uważne. Patrzyła na niego z cichym zdumieniem.

– Zimno ci – wyszeptał, a jego kciuk, jakby sam z siebie, przesunął się wzdłuż jej kości policzkowej.

Czuł każde ledwo dostrzegalne drżenie pod opuszkami.

– Już nie – odparła. Jej głos był tak cichy, że musiał się nachylić, by go usłyszeć nad szelestem liści.

Jego wzrok spoczął na jej ustach, potem znów wrócił do oczu. Świat skurczył się do tego jednego punktu – do przestrzeni między nimi, do kilku centymetrów, które ich dzieliły. Wciągał zapach jej perfum zmieszany z chłodem nocy – słodki, czysty, oszałamiający.

Chciał ją pocałować. Czuł to w całym ciele – w gorącym uderzeniu pod skórą, w napięciu szczęki, w tępym, rozlewającym się pragnieniu.

I wiedział, że ona to widzi. Widział to w jej spojrzeniu, w tym, jak oddech stał się płytszy, jak lekko uniosła brodę. Jej uśmiech był prawie niezauważalny – delikatny, ledwo drgnienie kącików ust. Widzę cię. Wiem.

Ale zamiast pozwolić, by ta chwila dopełniła się pocałunkiem, Beata odsunęła się lekko. Uniosła dłoń i objęła jego nadgarstek – nie po to, by go odtrącić, ale by go zatrzymać. Jej palce owinęły się wokół jego tętna, które biło jak szalone.

– Marek… – wyszeptała jego imię, a on poczuł, jak dreszcz przebiega mu po kręgosłupie.

– Tak? – wydusił, głosem zachrypniętym od napięcia.

– Ten dworek… – Spojrzała ponad jego ramieniem, w stronę ciemnego kształtu budynku. – Pokażesz mi go w nocy?

Zamrugał, zdezorientowany, jakby ktoś nagle przerwał sen.

– Dworek? – powtórzył głucho.

– Tak. – Uśmiechnęła się z tym samym, tajemniczym błyskiem w oczach. – Obiecałeś, że mi go pokażesz. Pamiętasz? A noc to jedyny czas, kiedy naprawdę żyje. Kiedy opowiada swoje historie.

Jego ręka opadła z jej policzka, lecz ona nie puściła dłoni – tylko przesunęła uścisk, splatając palce z jego.

– Myślałem, że… – zaczął, ale urwał. Ciepło wstydu oblało mu kark. Myślałem, że chcesz tego samego co ja.






Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Przeczytaj

Zapach rozkoszy

14. Błagając o więcej A później gwałtownie wyszedł z jej ust – wysunął się powoli, lecz zdecydowanie, zostawiając w niej pustkę gorącą i nat...