6. Może to nie echo
Mgła unosiła się nisko nad jeziorem, leniwie wpełzając między trzciny. Wilgotne powietrze pachniało żywicą, mokrą ziemią i ciszą. Krople rosy błyszczały na źdźbłach trawy, a każdy krok Zuzanny zostawiał za sobą ślad, który zaraz znikał. Jej bose stopy ślizgały się po chłodnej ziemi, a skóra na palcach była lekko zdrętwiała od zimna.
Bluzka, w kolorze porannego nieba, przylgnęła do ciała, a luźny warkocz spoczywał na ramieniu, z którego zwisały wilgotne pasma włosów.
Michał szedł tuż obok. Nie odzywał się, jakby bał się, że zakłóci delikatność poranka. Jego kroki były cięższe, równomierne, pełne napięcia. W dłoniach trzymał kurtkę, choć chłód wcale mu nie przeszkadzał. Gdy powietrze drgnęło, Zuzanna odwróciła głowę w jego stronę. Czuła, że coś w nim się zmienia – że zbiera słowa, które długo w sobie nosił.
– Zuzanno... – powiedział w końcu. Głos miał cichy, chropowaty, jak trzcinowy szept. – Muszę ci coś wyznać.
Zatrzymała się, czując jak chłód mgły wpełza pod materiał bluzki. Palce odruchowo odnalazły źdźbło trzciny, zginając je lekko, jakby chciała się nim podeprzeć.
– Znałem twoją muzykę – dodał. – Widziałem cię kiedyś. W Warszawie. Grałaś Vivaldiego.
Słowa rozlały się w powietrzu jak dźwięki, które nie mają dokąd uciec.
Zuzanna przechyliła głowę. Warkocz zsunął się na pierś, a jej oddech przyspieszył. Obrazy, które dawno próbowała wymazać, wróciły w jednej chwili: zapach kurzu z kulis, szmer widowni, drżenie smyczka w dłoni.
– Byłeś tam? – zapytała, szeptem, w którym pobrzmiewał i lęk, i ciekawość.
Michał zrobił krok w jej stronę. Jego sylwetka zamgliła się w porannym świetle, a jednak była blisko – czuła jego obecność, jego ciepło, drganie powietrza między nimi.
– Pisałem o tobie – wyznał. – Artykuł. O skrzypaczce, która widzi muzykę. Nie zapomniałem tego dźwięku, tej ciszy po ostatniej nucie... Została ze mną. – Uśmiechnął się lekko, jakby mówił o kimś, kogo kochał od dawna, choć nie miał prawa.
Zuzanna poczuła, jak jej serce uderza szybciej. Powietrze stało się gęste, niosło smak wody i niewypowiedzianych emocji.
– Dlaczego mi nie powiedziałeś? – wyszeptała. – Dlaczego milczałeś?
– Bo to był inny świat – odpowiedział po chwili. – Twój świat. Nie chciałem być tylko kimś, kto o nim czytał.
Palce Michała uniosły się powoli i dotknęły jej dłoni. Skóra Zuzanny była chłodna, niemal przezroczysta w porannym świetle. Poczuła, jak jego ciepło rozlewa się po niej, topiąc mgłę, która dzieliła ich od kilku kroków.
Zrobiła krok do przodu. Mgła otuliła ich oboje jak zasłona. Czuła zapach jego kurtki, wilgotnej i pachnącej lasem, czuła też jego drżenie – lekkie, powstrzymywane.
– Nie jestem już tamtą kobietą – powiedziała, dotykając jego policzka. – Ale może... jeszcze potrafię grać. Nie na scenie, tylko tu. – Położyła dłoń na jego piersi, gdzie rytm serca mieszał się z jej oddechem.
Michał objął ją, nie gwałtownie – spokojnie, jakby każde ich zetknięcie miało swój takt. Mgła wokół zgęstniała, a świat ucichł.
Ich usta spotkały się w półmroku poranka – powoli, z pewnością, jakby wreszcie znaleźli właściwy ton.
Potem długo stali w milczeniu. Woda przy brzegu poruszała się leniwie, ptak z trzcin wzbił się w powietrze, zostawiając po sobie drżący cień.
Kamyk w kieszeni Zuzanny ogrzał się od jej ciała – gładki, znajomy, ciężki jak wspomnienie.
W oddali, gdzieś po drugiej stronie jeziora, rozległ się dźwięk skrzypiec. Cichy, delikatny, jakby ktoś grał melodię z jej snów.
Zuzanna uniosła głowę.
– Słyszysz? – zapytała.
Michał skinął, ale to ona pierwsza się uśmiechnęła.
– Może to nie echo. Może ktoś właśnie zaczyna od nowa.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz