403. Jak postać wyjęta z kart historii
Patrzyłem na nią, a jej postać wydawała się jeszcze bardziej ulotna i pełna sprzeczności. Była taka krucha, delikatna, drobna, ale jednocześnie miała w sobie jakąś siłę, która sprawiała, że stawała się czymś więcej niż tylko kobietą obok mnie. Była jak symbol czegoś starszego, odległego. Jej ciemne, kruczoczarne włosy i głębokie oczy przypominały mi starożytne obrazy, a jej figura była jak z mitologii, jak postać wyjęta prosto z opowieści. Jej sukienka, zdobiona subtelnymi ornamentami, nie była w kwiaty, jak to bywa w modzie współczesnej. Raczej przypominała coś z dawnych czasów — coś, co mogło należeć do słowiańskiej dziewczyny, do białogłowej z epok minionych, z czasów, kiedy świat był jeszcze inny, mniej zrozumiały, ale zarazem pełen tajemnic i piękna.
Isabella była jak postać wyjęta z kart historii, nie z tej rzeczywistości, ale z innej, tej, którą można by odnaleźć tylko w wyobraźni.
Kiedy w końcu zaczęła mówić, poczułem, jak moje serce zaczyna bić szybciej, jakby każdy dźwięk jej głosu był jak dźwięk, który wprawia w ruch coś, co dotąd było nieruchome. To, co mówiła, nie było szczególne, nie było to nic dramatycznego czy pełnego wielkich wyznań, ale ton jej głosu, sposób, w jaki to wypowiadała, miały w sobie coś, co od razu wzbudzało moje zainteresowanie. Jej słowa były spokojne, a jednak niosły w sobie jakąś głębię, coś, co przekraczało granice zwykłej rozmowy. Było w tym coś więcej — coś subtelnego, coś, co wykraczało poza powierzchowność i zapraszało do odkrywania tego, co niewypowiedziane.
Jej spojrzenia, uśmiech, gesty — wszystko to, co wydawało się zwyczajne, nabierało nowego wymiaru. Widziałem, że nie chodziło tylko o fizyczne przyciąganie, jak to bywało z innymi kobietami, z którymi spotykałem się podczas tych wakacji. To było inne. To było głębsze, bardziej prawdziwe. Było w tym jakby nić porozumienia, która wciągała mnie w jej świat, a ja, choć nie do końca rozumiałem, co się działo, czułem, że coś się zmienia. Coś, co nie miało nic wspólnego z chwilowym zauroczeniem, ale z czymś trwalszym, bardziej intymnym, jakby oboje w tej chwili zbliżaliśmy się do siebie na poziomie, którego nie można było wyrazić słowami.
Ona była młoda, pełna świeżości, może trochę naiwna, ale w tej naiwności kryła się pewna autentyczność, która sprawiała, że czułem się przy niej swobodnie. Jej zainteresowanie było czymś więcej niż tylko powierzchownym zauroczeniem — dotyczyło całej mojej osoby. Nie skupiała się tylko na tym, jak wyglądam, ale także na tym, kim jestem, na moich myślach, uczuciach, marzeniach. Zadawała pytania z subtelną ciekawością, które nie były nachalne, a jednak pełne szczerego pragnienia poznania mnie. "Skąd przyjechałem? Jak długo tu będę? Kiedy możemy się spotkać?" — pytania, które brzmiały jak próba odkrycia mojej historii, mojego świata.
Odpowiadałem jej prosto, niemal chłopięco, bez żadnego udawania, jak uczeń, który dopiero zaczyna rozumieć, czym jest życie i jakimi zasadami się kierować. Moje odpowiedzi były pełne naturalnego zainteresowania, jakby każde jej pytanie było zaproszeniem do rozmowy, a nie tylko formalnym aktem poznania kogoś nowego.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz