409. Miałem sporo na sumieniu.
Te słowa zabrzmiały jak zimny prysznic, który momentalnie obudził mnie z tego słodkiego, błogiego zamroczenia. Zastanawiałem się, co dokładnie miała na myśli, jakie historie krążyły wokół mnie, o których nie miałem pojęcia. Moje serce na chwilę stanęło, a potem zaczęło bić jeszcze szybciej, jakby z niecierpliwości, by poznać więcej, by dowiedzieć się, co kryje się za tymi słowami.
Na chwilę straciłem rezon. Słowa, które padły z jej ust, były jak cios w brzuch. Zamiast odpowiedzi miałem w głowie tylko pustkę, a moje myśli wirowały w nieskończonej spirali wątpliwości. Nie wiedziałem, co powiedzieć, jak obronić się przed tym, co usłyszałem, bo chociaż próbowałem zachować spokój, czułem, że straciłem równowagę. A ona wstała, nie czekając na moją reakcję, i zaczęła iść wzdłuż brzegu, jakby nie zauważała, jak bardzo zmienił się nastrój między nami.
To było dziwne miejsce, jakby oderwane od rzeczywistości, jakby czas się tam zatrzymał. Brak plaży sprawiał, że to miejsce było bardziej dzikie, surowe – trawa rosła aż do samej wody, a jej krawędź częściowo przechodziła w trzcinę. Wydawało się, że natura sama decydowała o granicach tego świata, bez pomocy człowieka. Minęliśmy stary pomost z połamanych słupów, które już butwiały, poczerniałe od wody i porośnięte mchem. Wyglądały jak zapomniane fragmenty przeszłości, a ich wygląd przypominał o upływie czasu, który nie zważał na nic.
Szliśmy wzdłuż brzegu, a ona, mimo że była blisko, wciąż wydawała się być daleka. Coś w jej ruchach, w jej spojrzeniu, nie dawało mi spokoju. Intrygowała mnie coraz bardziej, a każda minuta spędzona z nią stawała się coraz bardziej niepewna i pełna napięcia. Chciałem być z nią za wszelką cenę, mimo że nie do końca rozumiałem, co to takiego „bycie z nią” miało oznaczać. Czułem, że to coś więcej niż zwykła chęć bycia z kimś. To była jakaś nieuchwytna potrzeba, jakby bycie obok niej było odpowiedzią na wszystkie moje pytania.
W pewnym momencie zatrzymała się. Odwróciła się w moją stronę, jej oczy spoczęły na moich, ale jej powieki były opuszczone, jakby próbowała ukryć, co naprawdę czuje. Spojrzała na mnie w sposób, który sprawił, że moje serce zatrzymało się na moment, a zaraz potem przyspieszyło, czując, że coś wisi w powietrzu. Zatrzymała oddech na chwilę i powiedziała:
– Wiesz, mówią o tobie, że jesteś starym rozpustnikiem, że zmieniasz dziewczyny jak rękawiczki, wykorzystujesz je i rzucasz jak niechciane rzeczy.
Te słowa zaskoczyły mnie, a ich ciężar wydawał się przygniatać mnie do ziemi. Jakby wszystkie wyobrażenia o mnie, które znałem, które miałem, nagle zostały wywrócone na drugą stronę. Jej ton, choć spokojny, pełen był jakiejś nieuchwytnej siły. To nie była oskarżenie, ale raczej stwierdzenie faktu, jakby była przekonana, że coś takiego mogło być prawdą. Zadrżałem, nie wiedząc, jak się od tego uwolnić, jak odpowiedzieć, by nie wyjść na osobę, którą mnie właśnie widziała.
Nie miałem słów, a to poczucie bezradności sprawiło, że zaczęło mi się kręcić w głowie. Wszystko, co budowałem w tej chwili, mogło rozpaść się w jednym momencie, bo mimo tego, co miała na myśli, wciąż zależało mi na tym, by nie dać jej powodu do tego, by uwierzyła w te słowa.
I znów zaniemówiłem. Nie wiedziałem, co powiedzieć, choć w dużej mierze to, co o mnie mówiła, było prawdą. Były chwile, kiedy i ja sam czułem się jak postać z tej opowieści, którą w pewnym sensie kreowali o mnie inni. Miałem sporo na sumieniu, zbyt wiele niewłaściwych wyborów, by zaprzeczyć temu, co mówiła, ale czy to oznaczało, że byłem całkowicie tym, o czym mówili? Czy wszystko, co o mnie mówili, było prawdą? W głowie kotłowały mi się myśli, ale nie potrafiłem znaleźć słów, które mogłyby to wyjaśnić.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz