Szukaj na tym blogu

30 listopada 2025

Tylko dla twoich oczu

2. Była wiosna.


Patrzę na nią i serio – nie wiem, co robić. Jedna część mnie krzyczy: idź, weź ją w ramiona, przytul, przecież po to tu jesteśmy. Druga mówi: stój, patrz, nie ruszaj się. Bo jak tylko spróbuję dotknąć, to wszystko zniknie, rozpadnie się w powietrzu i nic nie zostanie.

Nie wiem, czy znajdę dobre słowa, żeby opisać, co wtedy czułem – w głowie i w sercu – ale spróbuję. Edyta miała na sobie ciemną, chyba granatową bluzkę z głębokim dekoltem. Pod szyją i na krótkich rękawkach biała obwódka w kształcie serca, a na dole biały ściągacz, kończący się trochę powyżej pępka.

Do tego biała spódnica, chyba lniana. Na biodrach i pupie ciasno opinała ciało, a niżej rozchodziła się lekkim kloszem. Pamiętam do dziś te kwiatki – wycięte dziurki w materiale. Dodawały jej jakiejś takiej lekkości, jakby była z wiatru. Idealny strój na upalne lato albo późną wiosnę.

Nie spieszcie mnie, bo pewnie czekacie na jakieś ostre szczegóły. Sorry, ale jeśli liczycie na to, to się zawiedziecie. To nie o tym. Chodzi o to delikatne wrażenie, co nas otulało jak mgła – w środku dnia.

Gra? Striptiz w biały dzień? Heh, może trochę. Ale ona to dla mnie zrobiła. I to było lepsze niż wszystko inne.

Od razu, w tej pierwszej chwili, kiedy stanęła bokiem, prawie tyłem, z brodą na ramieniu, dłońmi na biodrach… wsunęła palce za gumkę spódnicy – luźną, taką na luzie. Pociągnęła z jednej strony w dół. Biały materiał zsunął się z uda, jeszcze nie na pupę.

Prawda, że robi się gorąco? Ale jakby to robiła inna dziewczyna, gdzie indziej – byłoby to zwykłe, może śmieszne, może seksowne, ale nie magiczne. Po prostu normalne.

Boże, jak ona tu pasowała – do tego rozwalającego się domu, do tej pustej, starej posiadłości, którą wybrała na swój pokaz. Na tle tych murów wyglądała jak orchidea, jak gwiazda.

Patrzyłem na nią i choć nigdzie nie było zegara, czułem, jak czas płynie. Może to moje serce tak odliczało? I ten szept w głowie: „Edytko, jaka ty jesteś piękna…”

Jeszcze nic się nie zaczęło, a ja już czułem, że mam cały świat. Przynajmniej ją – a to było więcej niż wszystko. Dla mnie była całym wszechświatem.

Stała tam, przy tej starej, popękanej balustradzie. Patrzyła na mnie, a w oczach miała: „No chodź, przytul, pocałuj, weź mnie”. A ja się bałem. Bałem, że jak tylko ruszę, czar pryśnie i zostanie tylko nagość, tylko seks – bez tej magii, która nas otaczała.

Odwróciła się powoli, ułamała małą gałązkę bzu i – trzymając ją w dwóch palcach – oparła się o tę popękaną balustradę. Dopiero teraz to do mnie dotarło: jaka ona była młoda, piękna, niewinna. Po prostu śliczna. Ta trójkątna buzia, duże ciemne oczy w ciemnej oprawie, mały nosek, wąskie usta – wszystko razem takie delikatne, kruche, pełne życia i energii.

Spojrzałem jeszcze raz na budynek za nią – był w gorszym stanie, niż myślałem. Ściany, niby stylizowane na stare, poobijane, okno z luksferów wybite, podziurawione, puste, ciemne wnętrze pachniało stęchlizną. Ale nie chcieliśmy tam wchodzić. Była wiosna. Wszystko działo się na zewnątrz, wśród krzaków bzu i jaśminu, gdzie wysoka trawa zarastała każdy kawałek ziemi.









29 listopada 2025

Tylko dla twoich oczu

1. Zamknijcie oczy


Edyta – samo imię sprawia, że serce mi wali, jak tylko o niej pomyślę albo wyobrażę sobie jej twarz. Próbuję ją opisać, ale to trudne. Piękna? Klasycznie – nie, przeciętna. Dla mnie jednak jest piękna taka, jaka jest. Nie wiem czemu. To te drobne rzeczy: lekko krzywy uśmiech, pieprzyk nad wargą, oczy trochę za blisko siebie. Osobno wyglądałyby jak wady, ale razem… coś w tym jest. Spojrzysz raz, niby przypadkiem, i już nie możesz oderwać wzroku. Chcesz patrzeć dalej, coraz dłużej.

Zacznijmy od oczu, bo to one są najważniejsze, nie? Jej oczy – czarne albo bardzo ciemny brąz. Tęczówki zlewają się ze źrenicami, więc wydają się ogromne. Błyszczą. Na słońcu widać je z daleka, z kilkunastu metrów. Ciemne rzęsy i grube brwi tylko to podkreślają.

Nos? Zwykły, prosty, nie za duży. Nic szczególnego. Ale usta… o rany. Wąskie, z ostrym konturem, jakby ktoś je narysował. Te usta plus te oczy – to mnie rozwala za każdym razem.

No dobra, mógłbym tak siedzieć i pisać o niej godzinami, ale nie o to chodzi. Chcę opowiedzieć jedną historię, która wydarzyła się dawno temu. Edyta dzisiaj to dojrzała kobieta, mama czwórki dzieci – pewnie by się speszyła, gdyby to przeczytała. Ale wtedy… wtedy miała dwadzieścia lat, prawie tyle co ja, i była dla mnie gwiazdą, która świeciła jaśniej niż całe niebo. Jako młody chłopak kochałem się w niej bez pamięci, zapominając o wszystkim – co wolno, czego nie, co wypada, a co nie.

Aha, zapomniałem dodać – Edyta była blondynką. I jest. Kolor włosów trudny do nazwania: jasny, ale nie platynowy, taki blond z żółtawym, słonecznym połyskiem, który iskrzył w słońcu. Zazwyczaj rozczochrane, w tym swoim artystycznym nieładzie – to dodawało jej uroku, lekkości i jakiejś takiej młodzieńczej energii.

I jeszcze jedno – prawie bym przeoczył: Edyta, przy swoim dość wysokim wzroście, była bardzo szczupła. Niektórzy mówili, że aż za bardzo, że wygląda trochę anorektycznie. Ja tego tak nie widziałem. Dla mnie ta kruchość, jakby przy mocniejszym dotyku miała się rozpaść, tylko dodawała jej czegoś eterycznego, ulotnego. Inne dziewczyny mogły jej tego tylko zazdrościć.

Dobra, teraz mogę już przejść do tej historii – tej, co siedzi mi głęboko w sercu i którą pewnie chcecie usłyszeć.

To był stary dom. Niektórzy mówili „dworek”, ale nie, to nie był żaden dworek. Podróbka, stylizacja z lat dwudziestych na pałacyk. Ale to tylko tło. Może bez znaczenia. A może jednak coś znaczy. Zobaczymy.

Zamknijcie oczy ze mną – wracam do tamtego dnia, do tych paru chwil. Widzę to jak obraz, jakby się działo teraz. Stara balustrada, niby rzeźbiona, ale nie – odlana z betonu. Grube słupy, gruba poręcz, wszystko pomalowane na biało jakąś tandetną farbą, która już dawno odłazi. Beton sczerniały, popękany, tynk sypie się ze schodów. A tuż obok, u samego dołu, wyrasta mały krzak dzikiego bzu. Metr, może trochę więcej, ale kwitnie – na ciemny bordo. Młody, ale pełen życia, pnie się w górę. Pachnie. Te drobne kwiatki dopiero się rozwijają, a ja prawie czuję ich zapach.

I ona – Edyta – stoi bokiem i odwraca do mnie głowę. Przymruża te swoje ciemne oczy, lekko unosi kąciki wąskich ust i patrzy – uważnie, z ciekawością i odrobiną zadziorności w spojrzeniu.









28 listopada 2025

Czerwona wstążka,

14. Dworek zostawił echo


Jego ręce powędrowały w górę, pod sweter, dotykając nagiej skóry jej pleców – gładkiej, gorącej, z lekkim dreszczem pod palcami. Przyciągnął ją do łóżka – starego, żelaznego, z materacem, który zaskrzypiał pod ich ciężarem jak protest. Usiadł, pociągając ją za sobą; usiadła mu na kolanach, okrakiem, sukienka podwinęła się wysoko na udach, odsłaniając bladą skórę, na której księżyc malował srebrne smugi.

Ich pocałunki stały się gorętsze, bardziej natarczywe. Jej biodra poruszyły się instynktownie, ocierając o niego, a on poczuł, jak twardnieje pod dżinsami – nagłe, bolesne napięcie, które sprawiło, że jęknął w jej usta. Jej dłonie zsunęły się na jego klatkę, rozpięły guziki koszuli jeden po drugim, powoli, jakby delektowała się każdym centymetrem odsłanianej skóry. Dotknęła jego nagiego torsu – palce chłodne, ale szybko rozgrzane jego ciepłem. Przesunęła je w dół, po brzuchu, zatrzymując się na pasku.

– Chcesz... – zaczęła, ale urwała, gdy jego dłoń zsunęła się pod jej sukienkę, muskając wewnętrzną stronę uda. Skóra tam była jedwabista, gorąca, a ona zadrżała, zaciskając uda wokół jego bioder.

– Tak – wyszeptał, a jego palce powędrowały wyżej, znajdując krawędź majtek, cienką, wilgotną. Dotknął jej tam delikatnie, przez materiał, a ona westchnęła głośno, opierając głowę o jego ramię. Była mokra, ciepła, pulsująca pod jego dotykiem – to odkrycie sprawiło, że świat zawirował.

Zsunął majtki w dół, powoli, a ona uniosła się lekko, pomagając. Sukienka podwinęła się wyżej, odsłaniając wszystko – jej biodra, brzuch, piersi pod koszulą, które falowały z każdym oddechem. Jego palce wróciły, badając ją bezpośrednio – wilgoć, ciepło, miękkość, która sprawiła, że wstrzymał oddech. Poruszał nimi powoli, okrężnie, czując, jak się napina, jak jej biodra pchają się ku niemu.

– Wolniej... – jęknęła, ale jej ciało mówiło co innego, domagając się więcej.

Rozpiął pasek, zsunął dżinsy na tyle, by uwolnić siebie – twardego, pulsującego, gotowego. Przyciągnął ją bliżej, a ona opadła na niego powoli, centymetr po centymetrze, biorąc go w siebie. Było ciasno, gorąco, wilgotno – uczucie tak intensywne, że oboje zamarli na moment, oddychając ciężko. Jej ścianki zacisnęły się wokół niego, pulsując, a on poczuł, jak świat kurczy się do tego jednego połączenia.

Poruszała się pierwsza – powoli, kołysząc biodrami, w górę i w dół, a on trzymał ją za tyłek, pomagając, czując miękkość pod palcami. Jej piersi ocierały się o jego tors, sutki twarde przez materiał. Pocałował ją w szyję, gryząc lekko, a ona jęknęła głośniej, przyspieszając. Dźwięki wypełniły pokój – mokre, rytmiczne, ich oddechy, skrzypienie łóżka, które zdawało się wtórować, jakby dworek sam dołączył do ich tańca.

– Marek... bliżej... – wyszeptała, a jej paznokcie wbiły się w jego plecy.

Przyciągnął ją mocniej, pchając w nią głębiej, czując, jak się zaciska, jak drży. Jej orgazm przyszedł pierwszy – nagły, falujący, z cichym krzykiem, który stłumiła w jego ramieniu. Ścianki pulsowały wokół niego, wyciągając z niego własny – gorący, eksplodujący, rozlewający się w niej falami.

Opadli na materac, spleceni, spoceni, oddychający ciężko. Jej głowa spoczywała na jego piersi, słuchając bicia serca, które powoli zwalniało. Dworek wokół nich milczał – żaden szmer, żaden jęk. Tylko ich oddechy i zapach seksu, zmieszany z jabłkami i starym drewnem.

– To... – zaczął, ale nie dokończył.

– Wiem – odparła, muskając palcami jego skórę. – To dopiero początek.

Za oknem mgła gęstniała, a w sadzie coś zaszurało – cicho, daleko. Ale oni nie słyszeli. Byli w swoim świecie, ciepłym, wilgotnym, prawdziwym.

Rano obudził ich blady świt, sączący się przez okno jak mleko. Beata leżała obok, owinięta w jego koszulę, włosy rozczochrane, usta lekko opuchnięte. Marek patrzył na nią, czując dziwny spokój – jakby noc zostawiła w nim coś trwałego, niezniszczalnego.

Wstała pierwsza, podeszła do okna nago, z koszulą ledwie zakrywającą biodra. Sad za szybą był cichy, jabłonie ciężkie od owoców.

– Chłopaki wrócą dziś – powiedziała cicho, nie odwracając się.

– Wiem – odparł, siadając. – Ale to nie koniec.

Uśmiechnęła się, odwracając. W jej oczach było coś nowego – pewność, ciepło.

– Nie. To dopiero jesień. A zima... zima przyniesie więcej.

Zeszli na dół, trzymając się za ręce. Dworek skrzypiał pod ich stopami, ale tym razem brzmiało to jak przyzwolenie. W jadalni pianino milczało, a na stole leżał koszyk z jabłkami – tymi, które przyniosła wczoraj.

Zjedli je w milczeniu, sok spływający po palcach. A potem, pod dębem, pocałowali się po raz ostatni przed powrotem świata – głośnego, codziennego, ale już nie takiego samego.

Bo w ich sercach dworek zostawił echo. I obietnicę powrotów.



KONIEC




27 listopada 2025

Czerwona wstążka

13. Była słona, ciepła, drżąca


Pokój na piętrze był mały, jakby dworek schował tu swój najcichszy sekret – ściany blisko siebie, sufit niski, pochylony jak ramiona starego człowieka. Okno wychodziło na sad, gdzie mgła unosiła się leniwie nad jabłoniami, tworząc białe, bezkształtne widma, które zdawały się czaić tuż za szybą. Powietrze w środku było cięższe niż na dole – gęste od zapachu starego lakieru, kurzu i czegoś wilgotnego, co sączyło się z podłogi, jakby drewno płakało po cichu przez lata.

Beata zamknęła drzwi z cichym kliknięciem, które zabrzmiało jak westchnienie ulgi. Odwróciła się do niego powoli, a w półmroku jej sylwetka rysowała się miękko – sukienka marszczyła się lekko na biodrach, sweter zsunął się z jednego ramienia, odsłaniając bladą skórę, na której księżyc kładł srebrzysty połysk. Stała tam, z dłońmi oparttymi o drzwi za plecami, jakby potrzebowała tej oparcia, by nie upaść w tę ciszę.

Marek nie ruszył się. Stał w miejscu, gdzie zostawiła go jej dłoń, czując, jak serce wciąż bije mu w uszach – głośno, natarczywie, jak echo tamtego dźwięku z pianina. Ciemność w pokoju była inna niż na dole; tu miała kształt – oplatała ich jak pajęczyna, miękka, ale lepka. Słyszał jej oddech, płytki i szybki, i swój własny, który próbował wyrównać, ale nie potrafił.

– Tu jest ciszej – powiedziała cicho, prawie szeptem, jakby bała się, że słowa rozbiją tę kruchą bańkę. – Na dole... dworek słucha. Tu... pozwala być.

Zrobiła krok w jego stronę. Podłoga zaskrzypiała pod jej botkiem – pojedynczy, żałosny jęk, który przeszył Marka dreszczem. Zatrzymała się tak blisko, że czuł ciepło bijące od jej ciała, mieszające się z chłodem nocy, który wślizgnął się przez szpary w oknie. Jej dłoń uniosła się powoli, zawahała w powietrzu, a potem dotknęła jego policzka – delikatnie, opuszkami palców, jakby sprawdzała, czy jest prawdziwy.

– Marek... – wyszeptała jego imię, a w tym słowie było wszystko: pytanie, prośba, obietnica. Jej kciuk przesunął się po jego wardze, ledwie muskając, ale wystarczająco, by jego oddech zadrżał.

Nie czekał dłużej. Jego ręce znalazły jej talię, przyciągnęły bliżej – nie gwałtownie, ale z tą niecierpliwą pewnością, która narastała w nim od remizy. Czuł miękkość swetra pod palcami, potem gładź sukienki, ciepło skóry pod spodem. Przycisnął ją do siebie, a ona westchnęła cicho, opierając czoło o jego. Ich nosy otarły się o siebie, oddechy splątały – ciepły, wilgotny, pachnący herbatą z termosu i jabłkami z sadu.

– Bałem się, że to wszystko... tylko w mojej głowie – mruknął, a jego głos był chrapliwy, obcy, pełen tego napięcia, które paliło go od wewnątrz.

– Nie – odparła, a jej usta musnęły jego w kąciku. – Czuję to samo. Od tamtego wieczoru pod dębem. Twoje spojrzenie... ono mnie nie puszczało.

Jej palce wsunęły się w jego włosy, pociągnęły lekko, tiltując jego głowę w dół. Pocałunek przyszedł naturalnie – nie jak w remizie, nie nieśmiały i przerywany, ale głęboki, głodny. Jej wargi były miękkie, wilgotne, smakowały słodyczą oranżady i czymś ostrzejszym, jak dojrzałe jabłko przebite paznokciem. Otworzyła się dla niego, a jego język dotknął jej, badawczo, ostrożnie, potem pewniej. Jęknęła cicho w jego usta – dźwięk, który przeszył go jak prąd, każąc dłoniom zacisnąć się mocniej na jej biodrach.

Odsunęli się tylko na chwilę, by złapać oddech. Jej oczy błyszczały w półmroku, szerokie, ciemne, pełne tego samego ognia. Sweter zsunął się niżej, odsłaniając obojczyk, a on nie mógł się powstrzymać – pochylił się, musnął wargami tę skórę, czując puls pod cienką warstwą. Była słona, ciepła, drżąca. Jej dłonie zacisnęły się na jego ramionach, paznokcie wbiły się lekko przez koszulę.

– Marek... – wyszeptała znów, ale tym razem to brzmiało jak błaganie.






26 listopada 2025

Czerwona wstążka

12. Ciepło, pragnienie i coś jeszcze 


Marek poczuł, jak dreszcz przebiega mu po plecach — nie tylko od chłodu, który nagle wdarł się między nich, ale od szmeru, który nie chciał ucichnąć. Dworek zdawał się oddychać: stare belki skrzypiały, powietrze gęstniało od zapachu wilgoci i słodkiego rozkładu, jak jabłka, które zbyt długo leżały w trawie.

Beata wciąż miała dłoń na jego piersi. Jej palce zesztywniały, jakby nasłuchiwała razem z nim.

– Słyszałaś to? – wyszeptał, bojąc się, że każdy ruch rozbije tę kruchą bańkę.

Jej oddech musnął jego szyję — ciepły, wilgotny, kontrastujący z chłodem, który sączył się przez szczeliny okien.

– Tak – odpowiedziała po chwili. – To on. Dworek. Pamięta wszystko.

Odsunęła się lekko, zostawiając po sobie pustkę i ciepło, które znikało zbyt szybko. W poświacie z okna jej oczy błyszczały jak szkło — ciemne, pełne napięcia. Zsunęła palce po jego koszuli, ledwie muskając materiał.

– Chodź – szepnęła.

Pociągnęła go w głąb jadalni. Pianino w kącie milczało, choć zdawało się czuwać. Usiadła na ławie, a on obok niej. Ich kolana zetknęły się na moment. To wystarczyło, by powietrze zgęstniało.

– Opowiedz mi coś o sobie – powiedziała cicho, nie patrząc na niego. – Coś, czego nikt nie wie.

Zawahał się.

– Zawsze bałem się, że jestem za cichy. Że dziewczyny wolą takich jak Grzesiek. Głośnych. Pewnych.

Uśmiechnęła się ledwie.

– A ja lubię cichych. Bo słuchają.

Jej dłoń spoczęła na jego kolanie, lekka, niepewna. Potem przesunęła się nieznacznie w górę, jakby odruchowo. Marek wstrzymał oddech.

Wtedy znów coś zaszurało na piętrze. Kroki? Wiatr? Beata zamarła.

– Słyszałeś? – wyszeptała, a jej dłoń zadrżała.

– Może ktoś tu jest – odpowiedział. Ale nie puścił jej dłoni.

Spojrzała na niego i przez chwilę zdawało mu się, że widzi w jej oczach cień strachu — albo wspomnienia.

– Czasem przychodzę tu sama – powiedziała. – Myślę.

Zbliżyła się. Jej twarz była tuż przy jego, oddech mieszał się z jego oddechem. Gdy wreszcie dotknęła jego warg, to był pocałunek ledwie zauważalny, niepewny — jakby bali się, że dworek ich usłyszy.

Zapach jabłek, zapach deszczu, szmer starego drewna. Świat zwęził się do ciepła jej skóry i jego dłoni na jej karku.

Wtem z góry znów rozległ się trzask. Beata drgnęła.

– Chodź – powiedziała nagle. – Pokażę ci coś.

Schody skrzypiały pod ich krokami, jakby coś w nich żyło. Na górze, w półmroku, otworzyła drzwi. Pokój był mały, z widokiem na sad, w którym mgła wirowała jak duchy.

Zamknęła za nimi drzwi. Przez chwilę milczeli.

Potem po prostu objęła go, opierając głowę o jego ramię.

Cisza dworku wypełniła wszystko.

Była w niej niepewność, ciepło, pragnienie i coś, czego oboje nie potrafili nazwać.

Marek nie wiedział jeszcze, że zapamięta tę noc nie przez to, co się wydarzyło — lecz przez to, co zatrzymał w sobie, zanim odważył się ją dotknąć naprawdę.






25 listopada 2025

Czerwona wstążka

11. Pianino


Przez ułamek sekundy trwali w absolutnej, przerażającej ciszy. Dźwięk z pianina – pojedynczy, rozstrojony akord – zawisł w powietrzu jak coś żywego, obcego, jakby samo powietrze zadrżało. Marek poczuł, jak serce na moment zatrzymuje się w piersi, a potem rusza z szaleńczą siłą, tłukąc się o żebra.

Beata wstrzymała oddech. Jej palce, które przed chwilą miały wciągnąć go w pocałunek, zesztywniały na jego karku.

Pianino.

Zagrało samo.

To nie był dźwięk muzyki. To był jęk drewna i żelaza, które pamiętały zbyt wiele. Metaliczny ton rozszedł się po holu, odbił od sufitu i opadł na nich jak kurz z dawno zapomnianych lat.

Z sufitu coś zaszurało. W powietrzu uniósł się zapach stęchlizny i kurzu, w którym było coś dziwnie słodkiego – jak zbutwiały owoc albo konfitura zapomniana w spiżarni.

Marek przyciągnął Beatę bliżej. Jego ramię, dotąd pewne, teraz stało się tarczą. Ciemność, jeszcze przed chwilą miękka i zmysłowa, teraz wydawała się czaić, nasłuchiwać.

– Co to było? – wyszeptał.

Jego głos był chrapliwy, jakby obcy, pełen napięcia, które nie miało już nic wspólnego z pożądaniem.

Beata drżała w jego ramionach, ale gdy w końcu odpowiedziała, mówiła cicho, spokojnie – jak ktoś, kto zna tę noc lepiej niż światło.

– To tylko wiatr. Tak tu bywa. Przeciąg z piwnicy… porusza struny.

– Wiatr? – powtórzył niepewnie. – To brzmiało jak… cios.

– Albo mysz – odparła po chwili. – Albo dusza.

Na jej ustach zatańczył cień uśmiechu, a w głosie pojawiła się nuta rozbawienia. Delikatnie pogładziła jego kark, jakby chciała go uspokoić. – Mówiłam ci, że ten dom lubi opowiadać. Czasem głośno.

Chciał się zaśmiać, ale w gardle miał tylko suchość. Zamiast tego westchnął, a napięcie powoli zaczęło ustępować – wypierane przez ciepło jej ciała, przez zapach jej włosów, przez ruch jej palców kreślących uspokajające kręgi na jego skórze.

Ciemność znów się zmieniła. Stała się ich sprzymierzeńcem. Intymnością.

– Przestraszyłeś się? – zapytała z lekkim drżeniem w głosie. Jej usta, znajome już w tej ciemności, musnęły jego policzek.

– Nie – odparł, zbyt szybko, zbyt pewnie.

Ona uniosła brwi, choć wiedział, że tego nie widzi.

– Nie?

– Tylko… nie spodziewałem się – wyszeptał po chwili.

– Ja też nie – odpowiedziała, pochylając się tak, że jej oddech musnął jego usta. – Ciebie. Tego. Tego, co czuję.

Jej słowa poruszyły go bardziej niż dźwięk pianina. Były jak wyznanie z innego świata – prostsze, czystsze.

Jego dłonie zacisnęły się mocniej na jej talii. Poczuł, jak cała długość jej ciała przylega do jego, miękka, żywa, drżąca. Ciepło jej skóry przenikało przez cienki materiał sukienki, a jego własne ciało odpowiadało instynktownie – gwałtownie, zdezorientowane tym, jak mocno jej pragnie.

– A czujesz? – zapytał, chrapliwie, niepewnie.

– Czuję – wyszeptała. – Twoje serce. Jak bije. Tutaj.

Jej dłoń zsunęła się w dół, przyłożyła do jego klatki piersiowej, tuż nad sercem. Ciepło jej skóry przebiło się przez koszulę. – Dla mnie?

Zamknął oczy. Nie miał już słów.

Jego dłoń powędrowała w górę jej pleców, aż do karku, gdzie splatały się ciepło i zapach jej włosów. Drugą położył na jej biodrze, pewnie, z pragnieniem, które przestało być wstydem. Czuł ciężar jej ciała, puls jej krwi – coś pierwotnego, nienazwanego.

A potem… gdzieś w głębi domu znów coś zaszurało. Ledwie słyszalnie. Jakby stary dworek wciągał w siebie ich oddechy i słuchał.




24 listopada 2025

Czerwona wstążka

10. Nie są tu sami


Beata podeszła do drzwi i bez wahania sięgnęła nad framugę. Zrobiła to z taką pewnością, jakby znała każdy sęk w tym drewnie. Po chwili jej palce znalazły klucz.

– Klucz? Skąd wiedziałaś, że tam był? – zdziwił się Marek.

Uśmiechnęła się lekko, prawie ciepło.

– Zawsze tu jest – powiedziała cicho.

Metal zazgrzytał, gdy wsunęła go do zamka.

– Ten dworek czasem mówi – dodała, popychając ciężkie drzwi. – Ale częściej woli słuchać.

Drzwi otworzyły się z przeciągłym jękiem. Ciemność za progiem wessała światło księżyca, jakby pochłaniała każdy promień. Uderzył ich zapach starego drewna i czegoś słodkiego – nuta konfitury z dzikich jabłek, rozlanej dawno temu i wciąż obecnej w powietrzu. Słodycz, która niepokoiła.

Beata weszła pierwsza. Jej sylwetka zniknęła w mroku. Marek zawahał się – przez moment ogarnęła go świadomość tego, gdzie jest. Sam, w nocy, z dziewczyną, której spojrzenie wciąż miał pod powiekami.

– Boisz się? – jej głos dobiegł z ciemności, cichy, prawie drażniący.

Zrobił krok naprzód. Drzwi zamknęły się za nim z głuchym stuknięciem, odcinając światło. Ciemność miała ciężar, zapach i ciepło – przylegała do skóry jak tkanina.

Poczuł jej dłoń szukającą jego. Ujął ją mocno, splatając palce.

– Nie – skłamał. – Tylko nic nie widzę.

– Wzrok się przyzwyczai. Chodź.

Prowadziła go przez mrok. Każdy skrzyp podłogi był jak szept, a echo ich oddechów odbijało się od ścian. Po chwili zobaczył blade prostokąty okien – wystarczyło światła, by dostrzec zarys jej warkocza, cień ramion.

– Jadalnia – szepnęła. – Stół pośrodku, pianino w kącie. Pamiętasz?

Skinął głową, choć wiedziała, że tego nie widzi. W powietrzu czuć było przeszłość – coś ciężkiego, co nie chciało odejść.

– Chcesz usiąść? – zapytała. Była tak blisko, że czuł jej oddech na policzku, ciepło bijące z ciała.

– Nie – wyszeptał.

Wyciągnął rękę, dotykając swetra przewiązanego w jej talii, potem jedwabiu sukienki. Jego palce zatrzymały się, jakby nie chciały puścić.

– Beata…

– Tak?

– Po co tu przyszliśmy, skoro nie ma światła?

Ich czoła zetknęły się. Czuł jej oddech – słodki, miękki, bliski.

– Żeby porozmawiać – szepnęła. – Bez tych ludzi. Bez świateł.

– Rozmawiamy? – jego głos był prawie śmiechem, ale drżał.

– Jeszcze nie – odparła.

Jej palce wsunęły się w jego włosy, pociągając głowę w dół.

– Najpierw… tamta rzecz.

– Jaka? – spytał, choć już wiedział.

– Ta, o której myślałeś przy płocie – wyszeptała.

Jej oddech dotknął jego warg. To nie był pocałunek – tylko obietnica. Wstęp do czegoś, co dopiero miało się wydarzyć.

I wtedy, dokładnie w tej chwili, gdy ich usta miały się spotkać, w mroku jęknęło coś ciężkiego.

Z rozstrojonego pianina popłynął pojedynczy, fałszywy dźwięk.

Beata zamarła. Ich dłonie wciąż były splecione, ale między nimi pojawił się chłód.

Cisza po tym dźwięku była gęstsza niż wcześniej, prawie namacalna.

Marek poczuł, że nie są tu sami.





23 listopada 2025

Czerwona wstążka

9. Opowiada swoje historie


– Myślałeś, że co? – pociągnęła go lekko, odsuwając się od płotu. Szła tyłem, trzymając go za rękę i prowadząc w stronę bramy, w stronę ciemnej alejki ciągnącej się ku starej posiadłości. Jej oczy błyszczały w świetle księżyca. – Że chcę cię pocałować tutaj, gdzie każdy może wyjść i zobaczyć? Gdzie światła remizy wciąż na nas padają?

Marek poczuł, jak ziemia usuwa mu się spod nóg. Więc jednak…?

– A nie? – zdołał tylko wykrztusić.

– Och, może. – Zatrzymała się, pozwalając, by ją dogonił. Stanęli tak blisko, że jej sweter musnął jego koszulę. – Ale nie tutaj.

Podniosła ich splecione dłonie i delikatnie przycisnęła jego kostki do swoich ust. To nie był pocałunek. To był dotyk – ciepły, suchy, przelotny. Muśnięcie warg, które rozniosło po jego ciele elektryczny dreszcz, każąc każdej komórce zadrżeć.

– Gdzie więc? – zapytał, a jego głos zabrzmiał obco – chrapliwie, z nową, nieznaną pewnością.

Uśmiechnęła się – tajemniczo, pewnie – i znów pociągnęła go za sobą.

– Chodź.

Szli alejką, z dłońmi splątanymi jak korzenie. Dźwięk muzyki z remizy powoli cichł, zastępowany przez szelest żwiru pod stopami i głośny oddech Marka, który wciąż próbował dojść do siebie. Ona szła pewnie, prowadząc go przez znajomą ciemność, jej profil odcinał się wyraźnie na tle jaśniejszego nieba, a w oddali majaczyła czarna sylwetka dworku.

Zapach wilgotnej ziemi i gnijących jabłek stawał się coraz intensywniejszy, niemal odurzający. Pachniało jak tajemnica. Jak coś, co czai się tuż pod powierzchnią.

Wreszcie stanęli przed bramą. Drewniana furtka skrzypnęła cicho, gdy ją pchnęła – jakby rozpoznała jej dotyk, jakby szeptała powitanie. Weszli na dziedziniec. Tu było jeszcze ciemniej. Stary dąb rozpościerał nad nimi czarną płachtę cienia, pod którą nawet światło księżyca zdawało się gasnąć. Dworek przed nimi wyrastał z mroku – milczący, ogromny, o oknach pustych jak ślepe oczy.

– Dlaczego tu jest tak ciemno? – spytał Marek, zniżając głos, jakby bał się obudzić to miejsce.

– Awaria – odparła po chwili.

– Awaria? – powtórzył z niedowierzaniem.

– Tak. Chyba jakieś zwarcie. To się tu często zdarza – linia, która doprowadza prąd, jest stara jak sam dworek.

– Nic nie widzę – mruknął. – Jakby wszystko pochłonęła noc.

– Może to to samo co w remizie.

– Ale tam nie zgasło światło.

– Bo mają generator. Włącza się automatycznie. – Zatrzymała się na środku dziedzińca i odwróciła do niego. – Ale to dobrze.

– Dobrze? – powtórzył z lekkim niepokojem.

– Że jest tak ciemno. – Uśmiechnęła się ledwo widocznie. – Wtedy dworek mówi wyraźniej.

– Mówi?

– Opowiada swoje historie. – Jej głos był miękki, ale niósł w sobie coś hipnotycznego. – Czasem smutne. Czasem straszne.

– No i? – szepnął Marek. Jego szept wsiąkł w ciszę, jak w gąbkę. – Opowiada ci je?

Zbliżyła się do niego powoli. W jej oczach błysnął refleks księżyca, a w tym spojrzeniu było coś niepokojącego – jakby na chwilę nie była już dziewczyną z zabawy, tylko kimś innym.

– Może dziś usłyszysz je sam – powiedziała.




Przeczytaj

Zapach rozkoszy

13. Pełna jego męskości Trzymał ją za potylicę – dłoń jego, ciepła i pewna, palce wplatające się głęboko we włosy u nasady głowy, nie ściska...