Szukaj na tym blogu

7 sierpnia 2026

Rajstopy w łazience

        17. Patrzenie było rozkoszą


        – Och Aldonko – nie wytrzymałem, głos mi się załamał – nie masz pojęcia, jak mi ciężko…
        – Że co? He he he…
        – Nie śmiej się ze mnie, dziewczyno, bo za chwilę nie wytrzymam, podejdę, chwycę cię mocno od tyłu, ściągnę te twoje kolorowe rajstopki i wepchnę tego mojego twardego, nabrzmiałego kutasa głęboko w twoją ciasną, wilgotną cipkę.
    – O, ha ha ha i wreszcie mówisz do rzeczy, Patryczku. Wreszcie mówisz do rzeczy.
       Odruchowo zacząłem poruszać skórą na moim kutasie. Przesuwałem dłonią w dół i w górę bardzo powoli i ostrożnie. Nie ściskałem zbyt mocno, a i tak przed moimi oczami zaczęły wirować kolorowe kółeczka i gwiazdki. Czułem, że znowu dochodzę.
        Znów zaczęła się pochylać nad tą umywalką. Jej ruchy były płynne, kocie, pełne leniwej, uwodzicielskiej gracji. Nie spuszczała ze mnie wzroku ani na chwilę. Śledziła każdy mój ruch z drapieżną uwagą, chłonęła widok mojej drżącej dłoni, która coraz mocniej zaciskała się na pulsującym penisie. Obserwowała to wszystko jak gąbka nasiąkająca pożądaniem, jakby każdy mój jęk i każdy ruch nadgarstka był dla niej najsłodniejszym nektarem.
        – No, Patryczku, baw się, baw, nie przerywaj – mówiła miękkim, hipnotycznym głosem, w którym drżała ciemna, aksamitna nuta. – Chcę patrzeć, jak jest ci dobrze, jak twoja dłoń sunie po tym grubym, śliskim kutasie, jak tracisz nad sobą resztki kontroli.
        A później oparła się o umywalkę jak o stół. Jedną dłoń położyła na krawędzi, a na drugiej, w teatralny sposób, wsparła swoją brodę.
        – I co, podobam ci się, Patryk? Chcesz mnie? Wziąłbyś mnie tutaj, w tej łazience? Powiedz prawdę.
        Pokiwałem głową, niezdolny do wyduszenia z siebie głosu.
        Czas płynął bardzo powoli. Mimo ogromnego podniecenia nie chciałem niczego przyspieszać. Patrzyłem na jej piękną, harmonijną buzię. Patrzyłem na jej ciemne tęczówki, głębokie jak nocne niebo. Patrzyłem na ten cudowny, onieśmielający uśmiech. Ale przede wszystkim nie mogłem oderwać wzroku od jej piersi. Jej wielkie cycki opakowane w ten czerwony, koronkowy biustonosz opadły teraz pod własnym ciężarem i ukazały swój boski, przecudowny wygląd. Aldona jawiła mi się teraz niczym Afrodyta, wynurzająca się z morskiej piany, wilgotna, kusząca i nieosiągalna w swej doskonałości.             
        Chciałem zobaczyć jej cycki, jej wielkie cyce bez tego stanika, cudowne, ciężkie balony bez żadnej zasłony, paradujące bezwstydnie przed moimi oczyma. Trzymałem w dłoni mojego twardego fiuta i nie mogłem się nadziwić, że jeszcze nic się nie stało, nic, oprócz tego, że na jej oczach waliłem sobie konia. To też było niesłychanie erotyczne i podniecające, ale chyba nie na to czekałem. Chyba nie o to mi chodziło. Dziwiłem się, że mimo iż tak bardzo jej pragnąłem, teraz, kiedy była taka możliwość, nie wziąłem jej ostro i brutalnie, że nie zaspokoiłem swoich najdzikszych pragnień, że nie rozładowałem tego palącego napięcia w moich lędźwiach.
        Ale ona… Ona wiedziała, ona doskonale zdawała sobie z tego sprawę i prowadziła mnie jak po sznurku, poprzez meandry mojego podniecenia, na sam szczyt rozkoszy, aby zabrać mnie do nieba, do swojego nieba. Jej uśmiech z figlarnego zmienił się w niewypowiedziane, zatrzymane w pół słowa pożądanie. Uchylone usta mówiły: ja też cię pragnę, ja też cię chcę, teraz, tutaj. Jakby od niechcenia, jakby przypadkiem, jakby odruchowo, samymi koniuszkami palców zaczęła przesuwać pasek stanika niebezpiecznie blisko krawędzi ramienia. I wiedziałem, co to oznacza. Wiedziałem, że to oznacza kolejny prezent dla mnie. Wiedziałem, że za chwilę zobaczę więcej niż do tej pory. Patrzenie było rozkoszą, rozkosz była patrzeniem. Czas zdawał się zatrzymać i zamknąć w tej jednej ulotnej chwili.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Przeczytaj

Zielone jabłuszko

          3. Obok siebie           Zostałem poproszony, bym został ojcem chrzestnym najstarszego z chłopców. Urszula miała być jego matką ch...