12. Moje myśli wobec ciebie
Ta obłędnie piękna dziewiętnastolatka nie potrzebowała długich wyjaśnień. Zrozumiała mnie natychmiast, bez słów, samym tylko błyskiem w tych aksamitnych oczach. Wiedziała, że właśnie przekroczyłem granicę, którą większość chłopaków próbuje udawać, że w ogóle istnieje. Z leniwą gracją, jakby czas zwolnił specjalnie dla niej, zmieniła pozycję na umywalce. Przesunęła biodra bokiem, jedną nogę zgięła w kolanie i oparła stopę o krawędź, drugą pozwoliła swobodnie zwisać. Cały ten ruch sprawił, że jej ciało wygęło się w łagodny, prowokujący łuk – biodra w jedną stronę, ramiona w drugą, piersi uniesione jeszcze wyżej, jakby chciały same wyskoczyć z koronkowego więzienia.
Patrzyłem na tę umywalkę i wciąż nie mogłem uwierzyć, że wytrzymuje. Porcelana lśniąca, chłodna, wąska – a na niej siedziała istota złożona z ciepła, napiętych mięśni i czystej, palącej chęci. Montował to najwyraźniej ktoś, kto wiedział, co robi. Albo ktoś, kto przewidział, że kiedyś będzie na niej siedzieć właśnie taka dziewczyna i będzie się na niej kołysać w rytmie własnych, bezwstydnych pragnień.
Nie odrywając ode mnie spojrzenia – tego spojrzenia, które paliło skórę – bardzo powoli zsunęła z ramion czarną skórzaną kurtkę. Materiał szeleścił cicho, jak szept konspiracji. Najpierw jedno ramię, potem drugie. Skóra opadła na podłogę z miękkim plaśnięciem. Nagie ramiona ukazały się w całej okazałości: gładkie, złociste, z delikatnymi smugami cienia w zagłębieniach obojczyków. A piersi… Boże, piersi. Wypięła je jeszcze bardziej, wyginając plecy, jakby chciała mi je podsunąć pod nos. Czerwona koronka naprężona do granic możliwości, sutki twarde i widoczne jak dwa ciemne klejnoty pod materiałem. Nie było już miejsca na wątpliwości. To nie była gra wstępna. To była deklaracja wojny totalnej.
– No, braciszku… – zaczęła niskim, lekko chropowatym głosem, w którym słychać było triumf i rozbawienie jednocześnie. – Chcesz mi powiedzieć, że tak cię podniecam, że właśnie się spuściłeś? Co, Patryczku? Powiedz prawdę. Spuściłeś się w gacie?
Słowa uderzyły mnie prosto w przeponę. Poczułem, jak fala gorąca wylewa mi się z klatki piersiowej na szyję, policzki, uszy. Było mi naprawdę bardzo, bardzo gorąco – jakby ktoś wpuścił do łazienki tropikalną wilgoć i zapomniał otworzyć okno.
– O mój Boże, Aldonko… – wyszeptałem, czując, że głos mi się łamie. – Co ja na to poradzę? Stało się i już. Nie miej mi tego za złe. Podkochuję się w tobie odkąd tu przyjechałem. Od pierwszego dnia, od pierwszej sekundy, kiedy cię zobaczyłem w progu. Od momentu, kiedy przestałaś być małą dziewczynką, od kiedy zaczęły rosnąć co piersi. Najpierw małe, z nieproporcjonalnie dużymi brodawkami i sterczącymi grubymi sutkami, a później coraz większe. A teraz… teraz, kiedy jesteś już dorosłą, cholernie pewną siebie dziewczyną… nie mogę przestać o tobie myśleć. Jeszcze nie tak dawno byłaś dzieciakiem, a teraz… Teraz jesteś taka dorosła, świadoma, swojego piękna jak grzech, a jednak… moje myśli wobec ciebie stały się tak plugawe, tak obsceniczne. Choć masz dziewiętnaście lat i wyglądasz na boginię, wciąż masz w sobie ten dziewczęcy błysk…
– Oj, czy ty nie przesadzasz czasem? – przerwała mi z uśmiechem, ale w jej oczach było coś miękkiego, prawie czułego.
– No tak, wiem… twoje piersi…
Roześmiała się głośno, perliście, gardłowo – ten śmiech wypełnił całą łazienkę jak perfumy o ciężkiej nucie.
– Piersi? Cha cha cha… cyce, chcesz powiedzieć. Czasami mam ich dość. Są takie wielkie. Żaden stanik na mnie nie pasuje. Wiesz, jak to jest? Cały dzień walczę, żeby nie wypadały, żeby nie bolały plecy, żeby faceci nie gapili się jak na cud świata. Może zmniejszyć, co o tym myślisz?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz