Szukaj na tym blogu

1 sierpnia 2026

Rajstopy w łazience

        11. Za bardzo mnie podniecasz


        Dziewiętnaście lat. Dla dziewczyny, która wygląda jak uosobienie zakazanego owocu, to wiek idealny – ani za mało, żeby być naiwną, ani za dużo, żeby stracić tę dziką, nieokiełznaną świeżość. Patrzyłem na nią i myślałem, że natura czasem robi wyjątkowo okrutne żarty: pakuje w jedno młode ciało taką dawkę seksapilu, że chłopak w wieku dwudziestu jeden lat czuje się jednocześnie drapieżnikiem i ofiarą. Odpowiedzialność? Czułem ją jak ciężar na klatce piersiowej – nie dlatego, że musiałem ją chronić, tylko dlatego, że chciałem. Chciałem być tym, który nie spieprzy tego wszystkiego, nie potraktuje jej jak kolejnego numerka, nie zostawi po sobie smrodu tanich wyrzutów sumienia. A jednocześnie chciałem ją rozłożyć na tej umywalce i ruchać tak długo, aż zapomni, jak się nazywa.
        Próbowałem się tłumaczyć. Głos mi drżał, słowa plątały się jak mokre sznurówki.
        – Aldonko… jesteś niesamowicie atrakcyjną kobietą. Wiesz o tym. Ale czasami… czasami to aż za dużo. To może być problem.
        Przechyliła głowę, włosy zsunęły się jej na ramię jak atramentowa struga. Spojrzała w dół, prosto na mój rozporek, który od dawna już nie dawał rady udawać, że jest zapięty.
        – Chmm… problem? Z czym konkretnie? – zapytała z tym swoim leniwym, kociowatym uśmiechem. – Masz jakiś problem z tym? – wskazała brodą na wybrzuszenie, które pulsowało w rytm mojego serca.
Poczułem, jak krew napływa mi do twarzy.
        – Co? Nie, nie… nie z tym – zaprzeczyłem gwałtownie, a potem sam się roześmiałem, nerwowo, bezradnie. – Chociaż… kurwa, z drugiej strony… może jednak z tym.
        Uniosła brew, udając skruchę.
        – O, to przepraszam. Nie wiedziałam.
        – Co? – parsknąłem śmiechem, czując, że napięcie pęka na moment jak zbyt naprężona struna. – Nie no, co ty… to nie o to chodzi. Z resztą sama widziałaś. Stoi jak słup na baczność. Zawsze. Zawsze, kiedy wchodzę do pokoju i widzę cię, zawsze, kiedy jesteś w zasięgu wzroku. Mówię mu: „leż, cholera, leż spokojnie”, a on jeszcze bardziej się napina. Kutas jeden uparty.
        Roześmiała się głośno, melodyjnie, gardłowo – ten śmiech wibrował mi w kościach.
        – No to o co ci właściwie chodzi, Patryku? Powiesz wreszcie?
        Westchnąłem ciężko, przełknąłem ślinę, która nagle zrobiła się gęsta jak miód.
        – Muszę ci się do czegoś przyznać.
        Oczy jej rozbłysły, ciemne, głębokie, łakome.
        – Hmm… robi się ciekawie. Do czego, mój drogi kuzynie?
        – Jesteś moją idolką. Uwielbiam cię. Serio. Nie tylko twoje ciało. Ciebie całą.
        Przechyliła się lekko do przodu, piersi naparły na koronkę, sutki przebiły materiał jak dwa małe, harde guziczki.
        – Chcę che che… mnie czy moje cycki?
        – Jezu, Aldona, ale ty jesteś… – jęknąłem, chowając twarz w dłoniach. – Weź przestań.
        – No co? Źle mówię?
        – Nie… mówisz cholernie dobrze.
        Cisza na moment. Gęsta, gorąca.
        – No dobra – powiedziałem cicho, patrząc jej prosto w oczy. – Kocham cię.
        Słowa zawisły między nami jak dym. Poczułem, że policzki płoną mi żywym ogniem.
        – Oj Patryk, Patryk… – westchnęła z udawaną rezygnacją, ale w kącikach jej ust tańczyły iskierki rozbawienia i czegoś znacznie groźniejszego. – I co ja mam teraz z tobą zrobić?
        – Powiem to inaczej – wydusiłem. – Za bardzo mnie podniecasz. Za mocno. Za bardzo.
        Patrzyła na mnie bez mrugnięcia. W jej źrenicach tańczyły już prawdziwe płomienie.
        – Ale to dobrze, Patryku. No co… chyba o to właśnie chodzi, nie?
        – Do pewnego stopnia tak… ale kiedy jest aż tak… kiedy czuję cię tak blisko, kiedy widzę cię taką… Boże!
        Nagle jej twarz zmieniła się na ułamek sekundy – prawdziwy niepokój przemknął przez te czarne oczy.
        – Co? Stało się coś? – zapytała szybko.
        – Nie, nie… nic się nie stało… chociaż może i stało – wyrzuciłem z siebie, czując, że w slipach robi mi się mokro od pierwszej, gorącej, niekontrolowanej kropli.
        Wiedziałem, że to dopiero początek. Że za chwilę albo eksploduję, albo ona mnie po prostu weźmie – i jedno, i drugie brzmiało jak najsłodsza tortura, na jaką mogłem sobie pozwolić.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Przeczytaj

Zielone jabłuszko

          3. Obok siebie           Zostałem poproszony, bym został ojcem chrzestnym najstarszego z chłopców. Urszula miała być jego matką ch...