Szukaj na tym blogu

21 sierpnia 2026

Zielone jabłuszko

        1. W małym kościółku


        W małym kościółku otoczonym wysokimi sosnami świat zdawał się oddychać innym rytmem. Powietrze pachniało żywicą i wilgotną ziemią, a korony drzew szumiały nad dachem jak stare, mądre głosy, które znały wszystkie tajemnice tego zakątka. Przez kolorowe witraże sączyło się światło, miękkie i bursztynowe, które rozmywało kontury ławek, ołtarza i ludzkich sylwetek, nadając nawet najzwyklejszym gestom nieoczekiwaną głębię i powagę. Każdy powrót tutaj był jak zanurzenie się w czasie, który nagle zwalniał bieg. Codzienne troski, te małe i te większe, traciły swój ciężar, jakby sosny i kamienne ściany brały je na siebie i rozpuszczały w cichej, pachnącej żywicą ciszy.

        Proboszcz był młody, daleki od wizerunku świętego z obrazka, a właśnie przez to tak bardzo prawdziwy. Za zakrystią wypalał papierosa, mrużąc oczy przed dymem, i klął po ludzku, gdy coś szło nie tak – głośno, kolorowo, z całym bogactwem gwary, którą znał z podwórka, nie z seminarium. Nigdy nie udawał lepszego, niż był. Stał wśród ludzi jak jeden z nich, z tymi samymi bliznami, tymi samymi wątpliwościami. Pamiętam, jak pewnego razu złapał mnie mocno za ramię, jego dłoń była ciepła i szorstka od pracy, i powiedział z tym swoim półuśmiechem:

        – Wejdź no na chór i zadzwoń na mszę, bo kościelny znowu gdzieś przepadł. No, śmiało, chłopie. Dzwony nie gryzą.

        Serce mi wtedy waliło jak oszalałe, dłonie drżały na grubych, szorstkich linach, a w uszach huczała krew. Ale pociągnąłem. Raz, drugi, trzeci. Dźwięk rozlał się nad sosnami, ciężki i czysty, jakby sam kościół westchnął z ulgą. Na tej samej mszy wsunął mi w ręce koszyk na tacę i kiwnął głową w stronę nawy.

        – Przejdź między ludźmi i zbierz. Tylko się nie potknij o własne nogi.

        Szłem powoli między ławkami, czując na sobie spojrzenia. Były ciepłe, zaciekawione, czasem pełne cichej wdzięczności. W tym momencie granice między mną a nimi jakby się rozmyły. Nie byłem już tylko chłopakiem z lektora, byłem częścią czegoś większego, żywego, oddychającego. Czułem się dziwnie bliski tym ludziom, których ledwo znałem.

        Ludzie, którzy zbierali się w tej wspólnotie, tworzyli mozaikę tak różną, jak sosny różnią się od siebie wysokością i kształtem. Było małżeństwo z pokaźnym majątkiem – on prowadził własny biznes, ona dbała o dom, a razem zbudowali sobie uroczy letniskowy domek nieopodal, gdzie spędzali weekendy wśród szumu drzew.

        Był emerytowany pilot wojskowy, pan Stanisław, z którym mogłem godzinami przesiadywać na ławce przed kościołem i rozmawiać o niebie – nie tym biblijnym, lecz tym prawdziwym, pełnym chmur i turbulencji. Opowiadał o locie nad chmurami, o tym, jak ziemia kurczy się w dole do rozmiaru mapy, a serce bije spokojniej niż na ziemi. Byli też małżonkowie lekarze z mojego regionu – spokojni, kulturalni, zawsze gotowi służyć radą czy receptą, gdy ktoś potrzebował. I ten starszy, samotny człowiek, pan Józef, któremu dom spłonął doszczętnie. Wspólnota zebrała się wtedy jak jeden mąż – ręce, pieniądze, materiały, czas. Postawili mu mały, skromny domek. Nie chodziło tylko o ściany i dach. Chodziło o to, że nikt nie został sam, gdy życie runęło mu na głowę. Dawało to poczucie przynależności, głębokie i ciepłe jak objęcie starego przyjaciela.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Przeczytaj

Zielone jabłuszko

          3. Obok siebie           Zostałem poproszony, bym został ojcem chrzestnym najstarszego z chłopców. Urszula miała być jego matką ch...