Szukaj na tym blogu

31 lipca 2026

Rajstopy w łazience

        10. Za chwilę przestaniemy udawać


        Aldona nie spieszyła się. Palce lewej dłoni powędrowały do suwaka kurtki – powoli, centymetr po centymetrze, z premedytacją. Prawa dłoń spoczywała na jej własnym udzie, kciuk delikatnie gładził skórę tuż nad krawędzią legginsów. Nie odrywała ode mnie oczu. To nie było spojrzenie. To była obława. Lwica, która już dawno wybrała ofiarę, ale jeszcze pozwala jej pobiec kilka kroków, żeby polowanie smakowało lepiej.
        Moje oczy – zdradzieckie, nieposłuszne – natychmiast zsunęły się niżej. Czerwony koronkowy biustonosz, ten sam, który widziałem przez materiał bluzki jeszcze w przedpokoju, teraz prezentował się w pełnej krasie. Miseczki unosiły się i opadały w rytm jej oddechu, koronka naprężała się na sutkach, które już wyraźnie rysowały się pod materiałem – twarde, niecierpliwe, gotowe. Piersi ciężkie, ale piękne w tej ciężkości, jakby natura specjalnie je tak uformowała, żeby człowiekowi odbierało mowę i rozum jednocześnie. Niżej – głęboko osadzony pępek, idealnie okrągły, otoczony delikatną smugą cienia, która kusiła, żeby tam wsunąć język. Niżej wciąż – brzuch napięty, skóra lśniąca od lekkiej warstwy potu, który zaczynał się już pojawiać w zagłębieniach bioder.
Myślałem gorączkowo: od czego zacząć? Od pocałunku w szyję, żeby poczuć, jak jej puls wali jak oszalały? Od wsunięcia dłoni pod koronkę i zmiażdżenia tych piersi w garściach? A może od razu kolanami rozchylić jej uda i przyklęknąć, żeby najpierw posmakować jej przez materiał legginsów, zanim w ogóle dotknę skóry? Każda myśl była jak iskra na prochu – jedna i zaraz druga, i trzecia, aż w głowie huczało.
        Ona grała. Całe to powolne rozpinanie kurtki, ten teatralny gest, kiedy w końcu rozchyliła poły i pozwoliła materiałowi opaść na boki – to był jej prywatny spektakl. Jeden widz. Jedna loża. Zero biletu wstępu, za to pełna odpowiedzialność za to, co się zaraz stanie.
        Kurtka zsunęła się z ramion. Piersi w czerwonej koronce wyglądały teraz jeszcze obscenicznie pięknie – większe, bardziej napięte, bardziej bezwstydne. Triumfalny uśmiech rozciągnął jej usta. Voila. Popatrz, co dla ciebie przygotowałam.
        A potem, bez żadnego uprzedzenia, bez cienia wstydu czy udawanej nieśmiałości, rzuciła prosto w twarz:
        – No i co, przyjacielu… przelecisz mnie wreszcie?
        Słowa uderzyły jak policzek i jednocześnie jak najsłodsza pieszczota. Poczułem, jak krew odpływa mi z mózgu i gna na południe.
        – Eee… no wiesz… mówisz to tak… – wydukałem, czując, że brzmię jak idiota.
        – No, a dlaczego nie? – odparła spokojnie, jakby pytała, czy chcę herbatę z mlekiem czy bez.
        Byłem już tak twardy, że bolało. Ciało działało na autopilocie, umysł próbował jeszcze udawać opór, ale to był opór skazany na porażkę.
        – Ale… teraz? Tutaj? – zapytałem, choć oboje wiedzieliśmy, że udaję zdziwienie tylko po to, żeby przedłużyć tę grę o kilka sekund.
        Przechyliła głowę, włosy opadły jej na jedno ramię jak czarna kurtyna.
        – No tutaj… to jakiś problem?
        – W sumie… to nie.
        Uśmiechnęła się szerzej. Złowrogo i jednocześnie zapraszająco.
        – Chyba że wolisz w salonie… ale ja tego nie robiłam w łazience.
        To „tego” zawisło w powietrzu jak obietnica. Jak wyzwanie. Jak zaproszenie do czegoś, co będzie brudne, ciasne, wilgotne i absolutnie bezwzględne.
        – Aha… No dobrze.
        – Co, dobrze?
        Spojrzała na mnie z góry – dosłownie i w przenośni – siedząc na tej umywalce jak na piedestale.
        – Eee… No wiesz.
        Wiedziałem. Ona wiedziała, że wiem. I oboje wiedzieliśmy, że za chwilę przestaniemy udawać, że cokolwiek jeszcze trzeba uzgadniać.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Przeczytaj

Zielone jabłuszko

          3. Obok siebie           Zostałem poproszony, bym został ojcem chrzestnym najstarszego z chłopców. Urszula miała być jego matką ch...