56. Muszę wiedzieć, kim on jest
Kuba wzruszył ramionami, ale już bez śmiechu.
– Dwie sesje były. Pierwsza – lekka, ona mówi cicho: „To przyjemne… jak ciepła kąpiel”. Druga – już totalny odlot. Wygięła się w łuk, jęknęła tak, że wszystkim zamarło. Wilgoć jej spływała po udach, wszystko widać było. Jakby ktoś odkręcił kran. A on tylko trzyma dłonie i patrzy, jakby to był zwykły wieczór. Sam chciałem być taki dobry w te klocki, ale… cholera, to nie było normalne.
Jacek milczał przez chwilę, patrzył w piwo, potem podniósł wzrok, oczy mu pociemniały.
– I co, ona potem…?
Marek dopił piwo jednym haustem, odstawił kufel z hukiem.
– Potem? Błagała o więcej. „Jeszcze, proszę, więcej”. Leżała na podłodze, oczy zamglone, uśmiech debilny, jakby wygrała na loterii. Myśleliśmy, że padnie z wyczerpania. W końcu dwie dziewczyny ją odprowadziły do pokoju. Wyglądała jak zombie, ale szczęśliwy zombie. A ty… ty szedłeś za nimi, prawda? Widziałeś, jak on ją prowadził.
Jacek kiwnął głową powoli.
– Tak. Szedłem. Na korytarzu akademika. Trzymał ją w pasie, a ona… ona się o niego opierała, jakby nie mogła chodzić. Głowa na jego ramieniu, włosy rozpuszczone, mokre, jakby płakała albo… no wiesz. A on szedł spokojnie, jak… jak coś swojego. Jakby już wiedział, że ona jest jego. Na zawsze.
Kuba kiwnął głową, ściszył głos jeszcze bardziej.
– A Zuza? Ta ruda wariatka? Po imprezie złapała go na korytarzu. Myślałem, że wyciągnie mu ptaka i zerżnie go na miejscu. Ale nie, on ją tylko musnął po policzku i… bum. Ona też się zatrzęsła, jęknęła głośno, nogi jej się ugięły. Mówiła: „Proszę, jeszcze raz”. A on: „Nie dziś”. I poszedł. Zostawił ją opartą o ścianę, dyszącą jak po maratonie.
Jacek patrzył na nich intensywnie, głos mu stwardniał.
– A ten zapach… Wy też go czuliście? Bo ja szedłem za nimi na korytarzu akademika. Pachniało tak… nawet nie potrafię tego określić. Jakby las, wanilia i coś… seksownego. Aż mi się zakręciło w głowie. I widziałem, jak Clara się o niego opierała, jakby nie mogła chodzić. A on ją prowadził spokojnie, jak… jak coś swojego. Jak zdobycz.
Kuba przytaknął, spoważniał.
– Tak, stary. Jak on był blisko, to powietrze robiło się gęste. Jakby ktoś rozpylał afrodyzjak. Nawet ja poczułem mrowienie, a jestem hetero na maksa.
Marek dopił resztkę piwa, spojrzał na Jacka poważnie.
– I wiesz co jest najgorsze? Clara i Zuza od tamtej pory są inne. Clara chodzi jak w transie, patrzy w ścianę, uśmiecha się do siebie. Zuza… no, ona jest taka napalona, jakby seks był jej jedyną pasją życiową. Widziałem, jak sprawdza telefon co pięć minut. Pisze do niego, szuka go po kampusie.
Jacek milczał chwilę, patrzył w piwo, potem podniósł wzrok, głos mu spadł do szeptu.
– Chłopaki… to nie jest normalne. To nie może być normalne. On coś im robi. Jakby… kradł im coś. Albo dawał za dużo. Nie wiem. Ale to mnie najbardziej przeraża. Bo ja widziałem, jak patrzył na Clarę, kiedy wychodzili. Jakby… jakby już wiedział, że ona jest jego. Na zawsze.
Kuba wzruszył ramionami, ale już bez śmiechu.
– Może i nie. Ale powiedz szczerze – jakby ci dał taką moc… to co byś zrobił?
Jacek patrzył twardo, oczy mu błyszczały w świetle lampy nad stołem.
– Nie o to chodzi. Chodzi o to, że one wyglądają jak… jak typowe ofiary. Szczęśliwe ofiary. I to mnie najbardziej przeraża.
Marek kiwnął głową powoli.
– No spoko, to co teraz robisz, detektywie? Zgłaszasz na policję? „Panie komisarzu, koleś daje orgazmy dotykiem”? Hahaha… sam widzisz jak to brzmi.
Jacek uśmiechnął się krzywo, ale oczy pozostały poważne.
– Jeszcze nie. Ale pogadam z Kingą. Jak ona usłyszy, to albo mnie wyśmieje… albo zacznie kopać. A ona kopie skutecznie.
Kuba ściszył głos do szeptu.
– Tylko uważaj. Bo jak ten Alex wyczuje, że go ktoś śledzi… to może być problem.
Jacek spojrzał na nich długo, potem dopił piwo jednym haustem, wstał, kiwnął głową i wyszedł w noc. Kuba i Marek patrzyli za nim – już bez żartów, z czymś, co zaczynało przypominać niepokój. W tle rockowa playlista grała dalej, ale nagle brzmiała inaczej – jakby bas uderzał mocniej, jakby gitary grały ciszej, jakby cała muzyka czekała na to, co będzie dalej. Jacek wyszedł na ulicę, ciepłe, wilgotne powietrze owiało mu twarz, a w głowie kołatała się jedna myśl:
„Muszę wiedzieć, kim on jest. Zanim będzie za późno”.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz