35. Wypełnij mnie teraz, głęboko
Gorąca letnia noc w oranżerii trwała w pełni, księżyc rzucał srebrne smugi na wilgotne ciała, paprocie szeptały w lekkim powiewie, który sączył się przez rozbite szyby, a płatki gardenii opadały leniwie jak śnieg rozpusty, muskając skórę, liście, podłogę cichym, miękkim szelestem, który brzmiał jak westchnienie samej nocy. Powietrze było ciężkie, duszne, przesycone zapachem tropikalnych kwiatów, wilgotnej ziemi i czegoś bardziej cielesnego, co unosiło się między nimi, ciepłego i natarczywego, budzącego drżenie w każdym oddechu.
Clara klęczała przed nim, sukienka zadarta, piersi odsłonięte, skóra lśniąca w blasku księżyca, a on patrzył na nią z tą spokojną pewnością, która sprawiała, że serce jej biło szybko, chaotycznie, jakby wiedziało, co nadejdzie, choć umysł jeszcze próbował uchwycić się resztek rzeczywistości.
Alex pochylił się powoli, ruchy jego płynne i pewne, tors bliżej jej twarzy, ciepło bijące od skóry, zapach jego ciała otulający ją całą, a gdy musnął ustami zagłębienie między piersiami Clary – ciepło warg na skórze, lekkie ssanie, język muskający słony smak potu – poczuła, jak fala rozkoszy rozlewa się natychmiast, gorąca i głęboka. Smak był słony, słodki, cielesny, zmieszany z zapachem jej potu i delikatnego jaśminu, który wciąż trzymał się skóry z perfum, wnikający w jego usta, w nozdrza, budzący w nim to chłodne, wyrachowane zadowolenie, które Clara czuła jako troskę, jako pożądanie. Westchnęła cicho, oddech jej zadrżał, piersi uniosły się wyżej, sutki napięte blisko jego warg, a w myśli jej tylko jedno: „Tak, tam, więcej, smakuj mnie, weź mnie całą”.
Jej biust, duży, ciężki, idealnie kształtny, skóra gładka jak aksamit w dotyku, sutki ciemnoróżowe, napięte i drżące pod każdym oddechem, unosił się szybko, falując w rytm serca, które biło głośno w ciszy oranżerii, krople potu spływały po krągłościach powoli, zbierając się w zagłębieniu mostka, lśniąc w księżycowym świetle jak perły na jedwabiu. Czuła każdy podmuch powietrza na odsłoniętej skórze, każdy muskający liść bluszczu, każdy zapach kwiatów mieszający się z jego oddechem, ciepłym i bliskim, a ciało jej odpowiadało drżeniem, sutki pulsowały boleśnie rozkosznie, czekając na dotyk warg, na język, na ciepło, które obiecywało więcej. Myśl jej tonęła w tym:
„Jestem jego, tylko jego, weź te piersi, ssij, gryź, spraw, by bolały rozkosznie”.
Clara jęknęła cicho, dźwięk wyszedł z gardła głęboki i bezradny, głowa opadła jej do tyłu powoli, jasne włosy rozsypały się po plecach jak wodospad płynnego światła, wilgotne kosmyki przyklejone do karku i ramion, opadające na skórę gorącą i wrażliwą. Jęk jej był miękki, długi, wibrujący w powietrzu, mieszający się z szelestem liści, z odległym śpiewem cykad, a ciało zadrżało w odpowiedzi na jego pocałunki, na ciepło warg sunących po skórze, na język muskający zagłębienia, na oddech gorący na sutkach. W umyśle jej wirowało: „Nie przestawaj, proszę, całuj niżej, wyżej, wszędzie, jestem twoja, tylko twoja”.
Dla niej każdy pocałunek był kolorem – złoty na skórze, gdzie wargi muskały, głęboka czerwień w piersiach, gdzie ciepło rozlewało się falami, fiolet pulsujący w brzuchu, gdzie gorąco gromadziło się coraz bardziej, wilgoć spływała po wewnętrznej stronie pełnych, gładkich ud – gorąca, lepka, obfita, lśniąca w świetle księżyca, spływająca powoli, zostawiająca ślady na skórze, na ławce, na jego dłoniach. Kolory te wirowały w głowie, mieszały się z zapachem orchidei, z dźwiękiem jej własnego oddechu, z ciepłem jego ciała blisko, a ciało jej drżało w tej symfonii zmysłów, sutki pulsowały, wnętrze zaciskało się w oczekiwaniu, myśl jej tylko jedno: „Maluj mnie tymi kolorami, głębiej, mocniej, aż eksploduję”.
Jego dłonie powędrowały niżej – po wąskiej talii, palce sunęły po skórze gładkiej i ciepłej, po szerokich, kobiecych biodrach, muskając krągłości, po okrągłych, jędrnych pośladkach, które ujął mocno, lecz troskliwie, palce wbijające się lekko w miękką skórę, unosząc ją lekko, by usiadła mu na kolanach, rozchylona całkowicie, uda oplatające jego biodra, ciepło ciała na ciele, wilgoć mieszająca się z jego ciepłem. Ruchy jego były spokojne, precyzyjne, jakby wiedział dokładnie, jak ją ustawić, jak rozchylić, jak sprawić, by poczuła pustkę czekającą na wypełnienie. Clara westchnęła głębiej, ciało jej przylgnęło do niego, piersi ocierały się o jego tors, sutki muskające skórę, wilgoć spływająca na jego uda, zapach ich bliskości gęstniejący, otulający, a w myśli jej: „Tak, unieś mnie, rozchyl, wejdź, posiadaj”.
Sukienka zadarta do pasa odsłaniała wszystko – brzuch płaski, lekko drżący od oddechu, pępek delikatny i wrażliwy, poniżej miejsce najintymniejsze, wilgotne i nabrzmiałe, różowe płatki lśniące w księżycu, pulsujące w oczekiwaniu, wilgoć spływająca obficiej, gorąca i lepka, fałdy rozchylone lekko, zapraszające, wnętrze zaciskające się w rytm serca. Clara czuła każdy podmuch powietrza na odsłoniętej skórze, każdy muskający liść bluszczu, każdy zapach kwiatów i jego ciała, a ciało jej drżało w tej odsłoniętej bezbronności, uda rozchylone szerzej, biodra poruszące się mimowolnie, szukające bliskości, myśl jej tonąca w pragnieniu: „Patrz na mnie, weź mnie, wypełnij, teraz, głęboko”.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz