38. Zostawiał po sobie ekstazę
Gorąca letnia noc otulała Łazienki Królewskie ciężkim, wilgotnym płaszczem, powietrze gęste od zapachu kwitnących lip i wilgotnej trawy, a opuszczona oranżeria – stara szklana klatka pełna cieni i zapachów, z szybami zaparowanymi od wewnątrz, z pnączami oplatającymi żelazne żebra konstrukcji – stała się sanktuarium tajemnicy, do którego Alex przyprowadził swoją wybraną, krokami cichymi po wilgotnej ziemi, dłoń jego na jej talii ciepła i pewna, prowadząc głębiej w półmrok, gdzie światło księżyca sączyło się przez liście, rzucając srebrne smugi na podłogę usłaną opadłymi płatkami. Clara szła obok, ciało jej wciąż drżące od fal, które nie chciały całkiem ucichnąć, oddech płytki i ciepły, skóra wilgotna od potu i rozkoszy, zapach jego bliskości wnikający w nozdrza, w myśli, w samo serce, które biło szybko, jakby wiedziało, że to miejsce, ta noc, ten mężczyzna były przeznaczeniem, którego nie rozumiała, lecz pragnęła całą sobą.
Clara tonęła już w falach, ciało jej drżało w jego ramionach nieustannie, piersi unosiły się szybko pod resztkami sukienki zadartej wysoko, sutki napięte i pulsujące w rytm oddechu, wilgoć spływała po udach obficiej, gorąca i lepka, zostawiająca ślady na jego skórze, na mchu pod nimi. Zapach rozkoszy mieszał się z ciężkim tchnieniem orchidei i gardenii, słodkim i upajającym, płatki opadające leniwie na jej ramiona, na dekolt, na brzuch, przyklejając się do wilgotnej skóry, muskając sutki delikatnie, budząc nowe dreszcze. Myśl jej tonęła w tym: „Jestem jego, całkowicie, fale nie kończą się, chcę więcej, zawsze więcej”, a ciało odpowiadało drżeniem, biodra poruszały się mimowolnie, szukając bliskości, ciepła jego męskości muskającej uda, obietnicy, która wisiała w powietrzu, blisko, nieuchronna.
Alex nie brał nigdy, nie dając w zamian – jego natura była drapieżna, lecz hojna w swej drapieżności, pobierał energię życiową w chwili najwyższego uniesienia, w falach orgazmu, gdy endorfiny, oksytocyna, impulsy bioelektryczne płynęły najobficiej, czysto, intensywnie, z samego rdzenia istoty, lecz zostawiał po sobie ekstazę tak czystą, tak nieziemską, że ofiary wracały w snach do tego wspomnienia latami, tęskniąc za czymś, czego słowa nie potrafiły nazwać, za ciepłem, za zapachem, za drżeniem, które zostawało w ciele na zawsze. Czuł to teraz – energia Clary płynęła do niego falami, gęsta i świeża, z każdym skurczem, z każdym westchnieniem, z każdą kroplą wilgoci, a on delektował się tym powoli, oczy jego błyszczące złotawym blaskiem w półmroku, spojrzenie przesuwające się po jej twarzy, po rumieńcach, po ustach rozchylonych, jakby wiedział, że to dopiero początek, że ma jeszcze tyle do wzięcia, tyle do dania.
Podniósł ją powoli z kolan – ręce pewne pod jej pośladkami, palce wpięte w miękką, wilgotną skórę, unosząc całe ciało z łatwością, jakby ważyła tyle co mgła, jakby grawitacja była jego sprzymierzeńcem. Clara westchnęła głęboko, nogi jej rozchyliły się mimowolnie, oplatając jego biodra, uda pełne i gładkie zaciskające się wokół niego, sukienka zadarta całkowicie, zgubiona gdzieś na mchu, materiał opadający leniwie na ziemię z cichym szelestem. Czuła ciepło jego dłoni na pośladkach, palce muskające, ściskające lekko, unoszące wyżej, bliżej, a męskość jego muskająca wejście, ciepła i pulsująca, obietnica wniknięcia, które wisiało w powietrzu, natarczywe i słodkie. Myśl jej wirowała: „Unieś mnie wyżej, wejdź, wypełnij, nie zostawiaj pustki”, a ciało drżało w tej bliskości, piersi ocierały się o jego tors, sutki muskające skórę, wilgoć spływająca po jego męskości, gorąca i obfita.
Przeniósł ją dalej, w głąb oranżerii, kroki jego ciche na wilgotnej ziemi, ciało jej uniesione, oplatające go nogami, ręce na jego ramionach, palce wplatające się we włosy, tam gdzie w rogu stała stara, kamienna fontanna – dawno nieużywana, ale letnie deszcze i kondensacja wypełniły ją po brzegi ciepłą, stojącą wodą, powierzchnia lśniąca w księżycu jak lustro, porośnięta delikatnymi liliami wodnymi, których płatki unosiły się leniwie, białe i delikatne, muskające powietrze słodkim zapachem. Woda pachniała ziemią, kwiatami, wilgocią nocy, a blask księżyca odbijał się w niej, rzucając srebrne refleksy na ich ciała, na skórę Clary lśniącą od potu, na jego tors, na miejsca, gdzie wilgoć spływała obficiej. Clara czuła ciepło wody blisko, zapach lilii mieszający się z ich zapachem, z jego zapachem, a ciało jej drżało w oczekiwaniu, biodra poruszały się lekko, szukając więcej, myśl jej tylko jedno: „Tu, w tej wodzie, weź mnie, zanurz, posiadaj całkowicie”.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz