34. Weź mnie całą
Alex podszedł bliżej, powoli, bez pośpiechu, każdy krok cichy na wilgotnej ziemi oranżerii, jakby nie chciał zakłócić ciszy, która otulała ich oboje. Jego sylwetka rysowała się w srebrzystym świetle księżyca, wysokie ramiona, smukła talia, ruchy płynne i pewne, a gdy znalazł się blisko, jego zapach otoczył ją całkowicie – ciepły, pierwotny, z nutą wanilii i wilgotnej ziemi po burzy, wnikający w nozdrza głęboko, mieszający się z ciężkim, słodkim tchnieniem orchidei i gardenii, które kwitły w kącie, ich płatki wilgotne i ciężkie, opadające leniwie na ziemię z cichym szelestem. Zapach ten był jak mgła, gęsta i natarczywa, budząca w niej drżenie, wilgoć między udami, ciepło rozlewające się po brzuchu, sutki napięte pod sukienką, oddech przyspieszony. Clara czuła, jak ciało jej reaguje na samą bliskość, jak skóra mrowi, jakby pamiętała każdy dotyk z tamtej nocy, jakby czekała na powtórzenie, na więcej.
Nie bój się, wyszeptał, głosem niskim, aksamitnym, który wibrował w powietrzu jak odległy grom, wnikając w jej pierś, w brzuch, w uda, sprawiając, że kolana zmiękły lekko. Słowa te były ciepłe, otulające, lecz pod spodem kryło się coś innego, coś władczego, co sprawiało, że serce jej zabiło szybciej, że oddech zadrżał, że wilgoć spłynęła obficiej. Myśl jej wirowała:
„Nie boję się, chcę tego, chcę ciebie, weź mnie, proszę”, a oczy jej, duże i błękitne, patrzyły na niego z poddaniem, z tęsknotą, która nie znała już granic.
Jego dłoń uniosła się powoli, opuszkami palców musnęła jej policzek – ledwie dotykając, jakby bał się rozbić delikatną porcelanę, jakby smakował skórę przed właściwym posiłkiem. Natychmiast fala ciepła rozlała się po jej twarzy, spłynęła szyją gorącym strumieniem, wniknęła w dekolt, w piersi, gdzie sutki zapulsowały boleśnie, w brzuch, w uda, gdzie wilgoć stała się cięższa, natarczywsza.
Dotyk był subtelny, lecz niepowstrzymany, jak prąd delikatny i głęboki, budzący drżenie w każdym miejscu, gdzie ciepło sięgało, a Clara westchnęła cicho, oczy zamknęły się na moment, ciało zadrżało delikatnie, biodra poruszyły się mimowolnie bliżej, szukając więcej. Dla niej to muśnięcie nie było tylko dotykiem – było falą głębokiej, szmaragdowej zieleni, która zalała ją od wewnątrz, pulsując w rytm serca, w rytm jego oddechu, w rytm zapachu, który otulał coraz ciaśniej.
Alex prowadził ją dalej, dłoń jego na jej talii ciepła i pewna, palce rozłożone szeroko, muskające skórę przez materiał sukienki, między stare donice z paprociami, których liście ogromne i wilgotne ocierały się o jej ramiona jak setki delikatnych palców, chłodne i miękkie, zostawiające ślad wilgoci na skórze, budzące dreszcze, które mieszały się z gorącem wewnątrz. Powietrze w oranżerii było ciężkie, duszne, zapach ziemi, kwiatów, gnicia liści mieszał się z jego zapachem, tworząc mgłę, w której kroki ich brzmiały cicho, intymnie, a świat zewnątrz – cykady, odległy szum miasta – stawał się nierealny, odległy.
Zatrzymał ją przy szerokiej, marmurowej ławce porośniętej bluszczem – kamień wciąż ciepły od dnia, pokryty miękkim mchem pachnącym ziemią i deszczem, wilgotnym i zielonym, bluszcz oplatający krawędzie, liście muskające skórę przy dotyku.
Usiadł pierwszy, pociągając ją lekko za rękę, palce jego splecione z jej palcami, ciepło przenikające natychmiast, a Clara opadła na kolana przed nim, sukienka zadarła się lekko na udach, odsłaniając więcej gładkiej skóry, na której księżyc rysował srebrne smugi, lśniące od potu i wilgoci. Kolana jej dotknęły chłodnego kamienia, kontrastując z gorącem ciała, biodra rozchylone lekko, piersi unoszące się szybko, oddech drżący, oczy utkwione w nim z poddaniem, z tęsknotą, która paliła wewnątrz.
Jego palce sunęły teraz po jej ramionach, powoli, okrężnymi ruchami, zdejmując cienkie ramiączka sukienki, które opadły bezwładnie po skórze, muskając ją delikatnie, budząc dreszcze. Materiał zsunął się niżej, powoli, centymetr po centymetrze, odsłaniając piersi – pełne, ciężkie, unoszące się w rytm oddechu, sutki napięte, ciemnoróżowe, drżące na chłodniejszym powiewie z rozbitej szyby, pulsujące w oczekiwaniu na dotyk, na ciepło jego dłoni, na spojrzenie, które już muskało skórę jak pieszczota. Clara czuła każdy ruch materiału, każdy podmuch powietrza na odsłoniętej skórze, każdy zapach kwiatów i jego bliskości, a w myśli jej tylko jedno:
„Tak, zdejmij wszystko, weź mnie całą, tutaj, teraz”, ciało drżące w tej słodkiej torturze odsłaniania, wilgoć spływająca obficiej, gorąca i natarczywa, czekająca na to, co miało nadejść dalej w tej mrocznej, gorącej oranżerii, gdzie noc była tylko ich dwojga.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz