36. Drżenie bioder
Alex był piękny w swej drapieżnej doskonałości, ciało wyrzeźbione z taką precyzją, jakby natura sama zdecydowała się stworzyć ideał, który jednocześnie przyciąga i budzi lekki, nieokreślony niepokój. Oliwkowa skóra bez jednej skazy lśniła w srebrzystym świetle księżyca, gładka i ciepła, napięta na szerokich ramionach, na klatce piersiowej, gdzie mięśnie rysowały się subtelnie przy każdym oddechu. Wąska talia schodziła ku biodrom silnym, męskim, linie brzucha zarysowane wyraźnie, spływające w dół jak ścieżki prowadzące do tajemnicy, do miejsca, gdzie jego męskość pulsowała już blisko jej skóry.
Clara czuła to wszystko wzrokiem, dotykiem powietrza między nimi, zapachem jego ciała, który otulał ją coraz ciaśniej, ciepły i pierwotny, sprawiając, że oddech jej stawał się płytki, że wilgoć gromadziła się obficiej, że ciało drżało w oczekiwaniu na to, co wiedziało, że nadejdzie.
Jego męskość była twarda, napięta do granic wytrzymałości, ciepła i pulsująca życiem, ocierała się o wewnętrzną stronę jej ud powoli, zostawiając ślad wilgoci, gorący i lepki, obietnicę głębszego połączenia, które wisiało w powietrzu jak napięta struna. Każdy kontakt był muskaniem, ciepłym i natarczywym, głowica sunęła po skórze, rozchylając fałdy lekko, wywołując skurcze wewnątrz, fale ciepła rozlewające się po brzuchu, po piersiach, sutki pulsujące w rytm tego ocierania.
Clara czuła pulsowanie na udach, na wilgotnych wargach jej cipeczki, zapach ich wspólnej wilgoci unoszący się wyżej, mieszający się z orchideami, z gardeniami, z wilgotną ziemią, tworząc mgłę, w której myśli tonęły, w której ciało domagało się więcej, głębiej, natychmiast.
Paprocie wokół nich drżały lekko w podmuchach wiatru, ogromne liście muskały jej nagie plecy chłodnymi, wilgotnymi powierzchniami, jak setki delikatnych ust liżących skórę, zostawiających ślady wilgoci, budzących dreszcze, które mieszały się z gorącem wewnątrz. Liście ocierały się o ramiona, o boki piersi, o pośladki, gdy poruszała się lekko na jego kolanach, każdy kontakt chłodny i miękki, kontrastujący z ciepłem jego ciała, z twardością muskającą wejście, z palcami na pośladkach trzymającymi pewnie. Dźwięk szelestu liści był cichy, intymny, jakby oranżeria sama szeptała zachęty, jakby rośliny pamiętały inne noce, inne ciała splecione w tej szklanej klatce.
Kwiaty gardenii opadały powoli, białe, ciężkie płatki lądowały na jej ramionach, piersiach, udach, brzuchu, pachnące słodyczą i rozpustą, przyklejając się do wilgotnej skóry, zostawiając ślady delikatne i ciepłe, jakby same kwiaty chciały uczestniczyć, muskać sutki, opadać na miejsce, gdzie wilgoć spływała obficiej. Płatki były miękkie, wilgotne, lśniące w świetle księżyca, zapach ich słodki i ciężki mieszał się z zapachem jej podniecenia, z jego zapachem, tworząc aurę gęstą i upajającą, w której oddech Clary stawał się westchnieniem, ciało drżało w tej kwiatowej pieszczocie, a myśli jej tonęły w pragnieniu:
„Niech spadają dalej, niech muskają, niech wszystko mnie otula, jak on”.
Alex nie spieszył się, ruchy jego były spokojne, precyzyjne, jakby czas w oranżerii należał tylko do niego, jakby wiedział dokładnie, jak budować napięcie, jak sprawiać, by każdy oddech Clary był westchnieniem, każdy ruch bioder błaganiem. Spojrzenie jego przesuwało się po jej ciele powoli, oczy zielono-złote błyszczące w półmroku, oceniające, delektujące się drżeniem, rumieńcami, wilgocią lśniącą na skórze.
Jego palce sunęły po wewnętrznej stronie jej ud powoli, okrężnymi ruchami, bliżej i dalej, muskając wilgoć, która już spływała obficiej, gorąca i słodka, palce ślizgały się po skórze, po fałdach, smakując powietrze cięższym, bardziej cielesnym aromatem, budząc skurcze wewnątrz, fale ciepła rozlewające się po brzuchu. Każdy ruch był celowy, delikatny, lecz natarczywy, opuszkami muskając miejsca wrażliwe, wnikając lekko, wychodząc, wracając, a Clara czuła to wszystko – ciepło palców, wilgoć własną na jego skórze, zapach ich mieszający się, drżenie ud, pulsowanie wewnątrz, sutki napięte, oddech urywany, myśl jej tylko jedno: „Dotknij głębiej, wejdź, posiadaj, nie przestawaj”.
Gdy w końcu dotknął jej tam delikatnie, opuszkami, wchodząc powoli w ciepło i wilgoć, czując, jak miękkie, gorące ścianki zaciskają się wokół niego mocno, pulsująco, Clara wygięła się w łuk, westchnienie wyszło z jej gardła głębokie, bezradne, oczy zamknęły się w uniesieniu, biodra drgnęły do przodu, szukając więcej, głębiej, pełniej. Ciepło palców wewnątrz rozlewało się falami, muskając miejsca wrażliwe, wywołując skurcze, wilgoć spływającą obficiej po jego dłoni, po udach, zapach rozkoszy unoszący się wyżej, mieszający się z gardeniami, z orchideami, z wilgotną ziemią, a ciało jej drżało w tej pieszczocie, piersi falowały szybko, sutki pulsowały, oddech stał się jękiem cichym i długim.
Fala rozkoszy nadeszła pierwsza, długa i wielokrotna, rozlewająca się po całym ciele – drżenie bioder gwałtowne, piersi falujące szybko, ramiona oplatające jego szyję mocno, palce wplatające się we włosy, wilgoć spływająca po jego palcach obficiej, gorąca i lepka, zapach rozkoszy unoszący się w powietrzu ciężki i słodki, mieszający się z orchideami i wilgotną ziemią, a Clara wygięła się jeszcze bardziej, jęk wyszedł z gardła bezwiedny, oczy zamglone, ciało wstrząsane kolejnymi falami, jedna za drugą, niekończące się, przedłużone w tej mrocznej oranżerii, gdzie noc szeptała zachęty, gdzie liście muskały skórę, gdzie płatki opadały na ciało drżące w ekstazie, a on patrzył, delektując się, czekając na więcej.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz