3. Bo klęczałem
Edyta patrzyła na mnie – wiedziałem, że to kolejna scena, wyreżyserowana tylko dla mnie. Patrzyłem na jej chude ramiona, wąskie; na te małe, ale jędrne piersi, które wypychały bluzkę; na pępek, co ledwo wystawał spod białej krawędzi; na spódniczkę na tej luźnej – chyba za luźnej – gumce, która zsunęła się już do połowy biodra, ale jeszcze nic nie pokazywała; na te wycięte kwiatki w materiale. I myślałem: co tam jest pod spodem? Jeszcze coś, czy już tylko ona? To właśnie była ta magia. Ten jeden moment.
Chciała mnie powalić – swoim pięknem, wdziękiem – i weszła w każdy zakamarek mojej głowy i ciała. Przejęła stery, bezbłędnie. Niewinna jak dziecko, skromna w każdym geście, a jednocześnie pewna siebie, jakby wiedziała dokładnie, co robi. Oszałamiała. Wyobraźnia szalała, podniecenie ściskało od środka, a wszystko wydawało się takie proste, naturalne, bez żadnego udawania.
Odwróciła się do mnie przodem i powoli podciągnęła bluzkę, odsłaniając cały brzuch. W tym samym momencie spódniczka – jakby sama z siebie – zsunęła się do połowy bioder. Stała, a ja uklęknąłem na jedno kolano, żeby mieć twarz na wysokości jej pępka. Zatkało mnie. Był… inny. Piękny, dziwny, jakby z innej bajki. Chciałem go dotknąć – palcem, ustami. Jak o tym myślałem, cały się trząsłem, a w spodniach robiło się ciasno.
Patrzyłem na jej pępek. Mam na tym punkcie świra. Pępki mnie kręcą. Sam mam wrażliwy i zawsze uwielbiam dotykać dziewczyn w tym miejscu. Jedne to lubią, inne nie, ale dla mnie to zawsze fascynujące.
To była gra, która właśnie weszła na wyższy poziom. Klęczałem przed nią jak jakiś rycerz, a ona patrzyła mi prosto w oczy – tymi wielkimi, ciemnymi źrenicami, z lekkim, prawie niewidocznym uśmiechem na młodej twarzy. Jakby mówiła: „Gotowy na to, co zaraz będzie?”.
Och, nie byłem. Nigdy nie byłem gotowy. Zawsze mnie zaskakiwała. Była zwykłą dziewczyną – biodra nie jakieś szerokie, teraz widziałem to wyraźnie – ale właśnie w tej zwykłości, w tym, że to wszystko było tylko dla mnie, było coś niesamowitego. Podniecającego.
Wiedziałem, że mogę ją mieć. Teraz. Pod tą cienką, granatową bluzeczką – nic. Czułem to, jakbym dotykał. Pusto tam, gdzie powinna być bielizna, pusto pod spódniczką, pępek na wierzchu – wszystko krzyczało. Gładka skóra brzucha i bioder przyciągała, pachniała nią, ciepło biło od ciała, serce waliło jak oszalałe.
Skąd to miejsce? Jakiś opuszczony dom, czyjaś dawno zapomniana działka, którą wszyscy omijali. Pusta, cicha, jakby świat o niej zapomniał. Idealna wyspa na kilka chwil tylko dla nas. Ta stara, zakurzona przestrzeń nagle nabrała życia – stała się świadkiem tego, co się rodziło. Wszystko tu pasowało: popękany beton, krzaki bzu, cisza. To wszystko tworzyło ramę, w której ta chwila wydawała się jedyna, magiczna, jakby miała się wydarzyć tylko tu i tylko teraz.
W następnej chwili – jednym ruchem – ściągnęła tę granatową bluzkę z białymi wykończeniami. Szybciej, niż się spodziewałem. Zaskoczyła mnie, aż mi dech odjęło. Jeszcze przed chwilą taka zwykła, niewinna, skromna… a teraz stała przede mną jak prawdziwa kobieta. Z krwi i kości. Żywa, naga, domagająca się tego, co musi się stać.
Patrzyłem na nią z dołu, bo klęczałem. To wszystko jeszcze bardziej mnie wciągało. Mała, a jednak górowała – postawą, pewnością siebie. Wpatrywała się w moje oczy spokojnie, bez mrugnięcia. Kąciki ust ledwie uniesione. Zero wstydu, zero skrępowania. Była dumna – z siebie, z tego, że może mi się tak pokazać.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz