Szukaj na tym blogu

25 sierpnia 2026

Zielone jabłuszko

        5. Randka


        Uśmiechnęła się niepewnie, odwracając wzrok na chwilę, jakby moje słowa ją zaskoczyły.

        – Ja… ja w tobie widzę same dobro. Jesteś trochę jak nasz ksiądz Andrzej – dodała miękko. – Taki prawdziwy. Nie udajesz.

        Mimo woli się uśmiechnąłem, kręcąc lekko głową.

        – Oj, do księdza Andrzeja jeszcze mi bardzo daleko. On ma w sobie coś, czego ja dopiero szukam. Ale rozumiem, co masz na myśli. Każdy z nas nosi swoje własne grzechy i wątpliwości. Ja też. Nie chcę przed tobą udawać kogoś idealnego.

        Mówiłem prawdę. Nie chciałem budować przed nią wizerunku doskonałego lektora w garniturze. Chciałem, żeby zobaczyła mnie takiego, jaki jestem – z pytaniami, z wewnętrznym niepokojem, z chwilami, gdy wiara wydaje się krucha jak suchy liść.

        Urszula milczała przez chwilę, patrząc na mnie tymi dużymi, stalowo-szarymi oczami, w których odbijało się popołudniowe światło przesączające się przez korony drzew. W jej spojrzeniu było coś pomiędzy zaskoczeniem a głęboką ulgą. Jakby moja szczerość dała jej ciche pozwolenie, by sama też mogła być bardziej prawdziwa, bez maski.

        – Ja… – zaczęła cicho, prawie szeptem – ja czasem czuję, że Bóg jest bardzo daleko. Że nie słyszy. Ale kiedy patrzę na ciebie, jak stoisz na ambonie i czytasz… wydaje mi się, że wtedy jest bliżej. Jakbyś Go przywoływał samym głosem.

        Jej słowa zawisły między nami delikatne i napięte zarazem, jak cienka, srebrzysta nić, która właśnie zaczęła się splatać.

        – Dziękuję – odpowiedziałem miękko. – Dziękuję, że tak mnie widzisz.

        W tle słychać było głośne śmiechy dzieci, brzęk sztućców, rozmowy parafian i nieustający, kojący szum wiatru w koronach sosen. Ale w tamtej chwili istnieliśmy tylko my dwoje – pod wielką sosną, wśród zapachu żywicy, świeżego chleba i pierwszych letnich owoców.

        Nasze kolejne spotkanie rozegrało się już w domu Urszuli, na wyraźne zaproszenie jej rodziców. Do dziś nie wiem dokładnie, jak do tego doszło. Najpewniej dostrzegli moją pozycję w parafii – to, że co niedziela stawałem na ambonie i czytałem Słowo Boże z powagą, której wielu mi zazdrościło. W ich oczach ktoś taki jak ja, publicznie obcujący z Biblią, wydawał się znacznie bardziej godny zaufania niż zwykły chłopak z okolicy. Miałem u nich większy kredyt zaufania, jakby sama bliskość ołtarza czyniła mnie mniej groźnym, bardziej przewidywalnym.

        Ojciec Urszuli był niskim, tęgim mężczyzną o wyraźnej łysinie i czerwonym nosie, który zdradzał długie wieczory spędzone z butelką. Prostego usposobienia, ale bynajmniej nie głupiego. Obserwował świat spod ciężkich powiek z czujnością drapieżnika, zwłaszcza gdy chodziło o jego córkę. Wiedziałem, że gdybym kiedykolwiek zrobił Urszuli coś złego, spotkałby mnie marny los jeszcze tego samego dnia – szybki i bezlitosny, jak cios rzeźnickiego noża. Matka z pozoru wydawała się szarą myszką: cicha, przygarbiona, jakby bała się własnego cienia i własnego głosu. Jednak już wtedy czułem, że w tym domu dzieje się coś głębszego i znacznie bardziej niepokojącego niż pijący starszy syn. Jakby pod powierzchnią codzienności kryła się rana, która nigdy się nie zagoiła. Nie miałem odwagi pytać. Przyszedłem przecież na obiad i ciastko. Przyszedłem przede wszystkim dla Urszuli.

        Oczywiście nie pojawiłem się sam. Żeby wszystko nie wyglądało jak randka, zabrałem ze sobą młodszą siostrę, Elżbietę. Oficjalnie to ona była głównym gościem, ale oboje doskonale wiedzieliśmy, o co naprawdę chodzi. Chciałem po prostu być blisko Urszuli. Wtedy między nami jeszcze nic nie zostało wypowiedziane. Na poziomie słów panowała cisza. W podświadomości jednak coś już kiełkowało – surowe, niewypowiedziane, ledwo uchwytne, jak pierwszy, delikatny pęd wiosennego ziela przebijający się przez zmarzniętą ziemię.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Przeczytaj

Zielone jabłuszko

          5. Randka           Uśmiechnęła się niepewnie, odwracając wzrok na chwilę, jakby moje słowa ją zaskoczyły.           – Ja… ja w to...