52. Przestanie boleć.
Ona, tymczasem, jak gdyby nigdy nic, wyjęła ten ostry przedmiot i patrzyła na mnie spokojnie, a ja dyszałem, unosząc swoje ciało do góry, to znów je opuszczając. Zachowywałem się tak, jakby nie było grawitacji, jakbym lewitował nad łóżkiem.
Najgorsze było to czekanie, bo wiedziałem, że za chwilę zrobi to ponownie, że wbije to ostre coś w mój wrażliwy brzuch.
No i stało się. Przenikliwy ból, jeszcze raz, szarpnął moim ciałem. Dreszcze przeszły od czubka głowy, po palce stóp.
Zamknąłem oczy, ciężko oddychałem. Drżałem z podniecenia, myślałem, że rozerwie mi kutasa. Robiła to bardzo powoli. Poprawiła uchwyt, jak zawodowa pielęgniarka. Wchodziła dalej, coraz dalej, gładko i bez żadnych oporów.
W pewnym momencie wbiła się chyba w jakiś nerw, bo moim ciałem zaczęło szarpać, jakbym siedział na krześle elektrycznym. Tak prowadziła ostrzeże, że widziałem je tuż pod skórą, jak wędrowało w kierunku mojego fiuta.
Kiedy weszła do połowy, myślałem, że zwariuję. Chaotycznie waliłem nogami i rękoma o łóżko. To było nie do zniesienia. Na dłuższą metę, nie można było tego wytrzymać.
Jednocześnie, te tortury były tak bardzo przejmująco piękne, podniecające, przyjemne, że trudno było to wyrazić. To wszystko było tak niesamowicie nienormalne, chore, a jednocześnie wyzwalające z konwenansów i okowów pruderii, że czułem się, jakbym nagle dostał skrzydeł.
-Oddychaj. Oddychaj spokojnie. Nie denerwuj się, nie szarp. Przestanie boleć, - słyszałem jej głos jakby w oddali.
Zatrzymałem się. Po prostu, przestałem się szarpać. Ból rzeczywiście minął.
-Widzisz, to nie jest prawdziwe cierpienie. Walczysz, tylko i wyłącznie, z własnym lękiem. Kiedy przestaniesz się bać, zaczniesz odczuwać tylko podniecenie, - tłumaczyła.
Wciąż bolało… trochę, nie za dużo, dało się wytrzymać. Czekałem. Podniecenie doprowadzało mnie do szaleństwa. Mimo wszystko chciałem brnąć w to dalej, a jednocześnie błagać, by w końcu to przerwała i weszła na mnie okrakiem, błagać, by pozwoliła mi rozładować moje własne napięcie.
Kiedy, tylko zdążyłem trochę przyzwyczaić się do tego stanu, znów zaczęła wciskać igłę coraz dalej. Teraz już, zupełnie, nie zwracała uwagi na moje westchnienia, jęki i pokrzykiwania. Pchała równo i zdecydowanie, aż narzędzie weszło do samego końca, po plastikową nakładkę na strzykawkę, całą swoją długością.
Nie mogłem uwierzyć, że to się stało, że to coś siedzi we mnie. Wszystko to było piekielnie przyjemne. Czułem, jak każdy włos na mojej głowie unosi się do góry, a na całym ciele pojawia się gęsia skórka. Drżałem, podniecony do granic wytrzymałości. Nie miałem pojęcia, że to miejsce jest tak wrażliwe.
Zostawiła mnie. Założyła ręce na piersiach i patrzyła. Pozwalała mi cierpieć, jakby delektowała się moimi męczarniami, zwijaniem się w konwulsjach rozkoszy.
-Och, proszę, proszę… wejdź na mnie swoją słodką cipką! Zruchaj mnie, tak mocno! Proszę proszę… - z moich ust płynął potok słów.
Chciałem porwać ją gdzieś w ustronne miejsce i przelecieć… tak… najpierw cipkę, później dupkę, usta… we wszystko, co miała, ale nie mogłem. Byłem mocno związany.
Była blisko, tak blisko, za blisko. Widziałem ją tak dokładnie, każdą, najdrobniejszą nawet, część jej zgrabnego, podniecającego ciała. Wyczniała ze mną takie rzeczy, a ja nie mogłem nic na to poradzić, nic zmienić. Nie mogłem nawet jej dotknąć. Szalałem, byłem gotowy zerwać te pasy i pokazać jej, co naprawdę potrafię.
Zabawa trwała, a ja, z każdą minutą, czułem się coraz bardziej bezradny. Kiedy przestarzałym odczuwać ból, podchodziła, wyciągała dłoń i poruszała igłą. Znów szarpałem się w przejmujących, nieznośnych konwulsjach, a ona przestawała tylko na trochę, a później zacząć wszystko od początku.
Już teraz, byłem w stanie wybaczyć jej wszystko, cokolwiek by ze mną robiła, byleby tylko, usiadła na moim, spragnionym miłości, kutasie.
-Błagam, kochaj się ze mną, och proszę, wejdź na mnie swoją cipeczką! - wołałem półprzytomny.
No i stało się. Patrzyłem, nie mogłem uwierzyć, że to dzieje się naprawdę, ale ona zdjęła z siebie biały kitel i wgramoliła się na łóżko. Była dla mnie bóstwem niedoopisania.
Igła wciąż tkwiła w moim brzuchu. Wcale nie zamierzała jej wyciągać. Objęła moje biodra swoimi stopami i powoli zaczęła opadać. Była niżej, coraz niżej, a ja cieszyłem się, jak małe dziecko. Jej słodka pizdeczka, nim jeszcze dotknęła mojej głowicy, już zaczęła się rozszerzać, by, w końcu, pochłonąć ją ze słodkim mlaśnięciem.
Kiedy siedziała już na mnie całym swoim ciężarem, a fiut wszedł w nią do samego końca, myślałem, że jestem w niebie. Jej gorące pośladki rozgniotły się na moim podbrzuszu, napinając skórę w miejscu, gdzie siedziała igła i, jeszcze bardziej, wyrywając mnie z posad świadomości.
To było niesamowite. Ból był dla mnie czystą ekstazą. Był tak bardzo odrealniony, nierzeczywisty, a jednocześnie tak bardzo związany z nią, z jej obrazem, że co chwilę traciłem z tego względu przytomność.
Nie wiem, czemu się tak stało, ale wyższeżyłem w zęby i zacząłem się śmiać, jak wariat. Im bardziej się śmiałem, im bardziej poruszała igłą, tym bardziej to wszystko było przyjemne. Czułem każdy dotyk, jako anielskie muśnięcie skrzydeł, a jednocześnie piekielne przypalanie ogniem.
Zrobiła to specjalnie, bawiła się ze mną tylko po to, by osiągnąć jeszcze lepszy efekt. Zaczęła powoli unosić się i opadać, unosić się i opadać… jednocześnie dłonią poruszała za igłę, która spoczywała w moim pępku.
Czas płynął, a ja byłem już na skraju wyczerpania, zarówno psychicznego, jak i fizycznego i wcale tego nie żałowałem. Podniecenie rozsadzało mi, nie tylko jądra i penisa, ale także czaszkę od środka. Nie byłem w stanie się opanować, wyłem z rozkoszy. Chciałem jeszcze i jeszcze, więcej i więcej, zawsze z nią.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz