1. Usiadła na stoliku.
Kilka razy przeszła po gabinecie, nie wypowiadając ani słowa. Podpadłem i to bardzo. Bałem się powiedzieć cokolwiek. W napięciu czekałem na pierwszy ruch.
Dyrektor, Anna Bartosiewicz, była bardzo atrakcyjną kobietą. Jako, że była rozwódką i wyglądała na dość łatwą, nie jeden pracownik próbował ją już poderwać. Niestety, niejeden także sparzył już sobie na tym łapki.
Jej wygląd i sposób bycia były bardzo zwodnicze. Kilkakrotnie byłem już świadkiem, dość ciekawych zajść. Kilku z moich bardziej przystojnych i wygadanych kolegów, licząc na miłe towarzystwo, a może i coś więcej, zdobyło się w stosunku do niej na niedwuznaczne propozycje. Później, kiedy odpaliła odpowiednio dobranymi epitetami a na dodatek uziemiła ich przy pomocy regulaminu służbowego, cały zakład się z nich śmiał.
Przyznam, że mnie także bardzo się podobała, ale nigdy nie wyszedłem poza szablon savoir vivre'u. Teraz znajdowałem się w bardzo nieciekawej sytuacji. Popełniłem poważny błąd przy realizacji priorytetowego projektu i na dodatek próbowałem to ukryć. Kiedy wszystko się wydało, mogłem liczyć tylko i wyłącznie na jej dobrą wolę.
Nie wiedziałem, ile miała lat. Myślę że nikt tego w firmie nie wiedział. Niemniej, tak na oko, zbliżała się do czterdziestki. Była wysoka i szczupła. Miała jasne długie włosy swobodnie opadające na ramiona oraz błękitne, przenikliwe oczy. Czarna garsonka i obcisła spódnica tuż za kolana, leżała na niej idealnie. Przyjemnie było patrzeć jak się porusza. Niestety, cała przyjemność na tym się kończyła. Byłem przekonany, że wylecę z roboty.
-Panie Stanisławie, jak długo pan u nas pracuje? - zadała standardowe pytanie.
-Sześć lat, - odpowiedziałem krótko.
Zatrzymała się przy metalowym segregatorze na dokumenty i, pochylając głowę, zmierzyła mnie swoim, uważnym spojrzeniem.
“No, to koniec. Za chwilę się dowiem, że już nie pracuję, - pomyślałem.
Czułem, że zaczynam się pocić, a moje ręce drżą. Chciałem, żeby to wszystko, jak najszybciej, się skończyło. Każda kolejna minuta w jej gabinecie, była coraz bardziej nieprzyjemna.
-I co ja mam teraz z panem zrobić? - zadała kolejne pytanie, kładąc dłonie na biodrach.
W moim umyśle zapaliła się iskierka nadziei. “Może jednak szuka rozwiązania polubownego? Gdyby chciała mnie wywalić, nie mówiła by w ten sposób.” Pewności mieć jednak nie mogłem. Miałem wrażenie, że patrzy na mnie jakoś inaczej, ale chyba było to tylko samo wrażenie.
W następnym momencie stało się coś, co kompletnie zwaliło mnie z nóg. Czułem się, jak mucha przykryta słoikiem. Rozglądałem się na boki, rozpaczliwie próbując znaleźć jakieś wyjście z tej sytuacji. Moje serce waliło jak młot pneumatyczny, a oddech stał się szybki i urwany.
Usiadła na stoliku, na którym znajdował się fax i delikatnie uniosła kolano. Jako, że siedziałem po drugiej stronie pomieszczenia, na dość niskim krześle, bez trudu, mogłem zobaczyć jej majtki.
“O Jezu!” - pomyślałem.
Prędzej spodziewałbym się zobaczyć w tym miejscu czarne, wrzynające się w cipkę stringi, niż żółte, niczym nie wyróżniające się figi. Czas, jednak płynął, a sytuacja się nie zmieniała. Wciąż widziałem to samo: brzoskwiniowe majtki.
Zachowywała się jak modliszka, ale cały czas trzymała fason. Bawiła się moim zmieszaniem i, zdaje się, była w tym rewelacyjna. Najgorsze, że wyglądało na to, iż nie zamierza zmienić pozycji. Siedziała tak dalej, a ja nie mogłem oderwać wzroku. To miejsce między jej nogami, było jak magnes.
Odchyliła głowę do tyłu, położyła palec na uchylonych ustach i nie spuszczała ze mnie wzroku. Byłem kompletnie bezbronny. W ogóle nie wiedziałem, jak się zachować.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz