42. Zboczony i zepsuty.
Cóż to był za seks. W pewnym momencie moim ciałem szarpnął tak gigantyczny, wszechobejmujący skurcz, że myślałem… Nie. Byłem święcie przekonany, że to już koniec, że strzelę w nią gorącym nasieniem, że wypełnię jej wnętrze po brzegi niczym wyschnięte źródełko, że zroszę jej ogródek swoją fontanną pożądania. Gdzieś w głowie, gdzieś tam z tyłu czaszki kołatało się: nie możesz, nie możesz, nie możesz…
W ostatnim odruchu silnej woli wysunąłem się. Następnie ścisnąłem fujarę. Drżąc jak w febrze, zaciskając zęby, czekałem. Kolejne sekundy dawały mi coraz większą szansę. Mój penis nigdy mi tego nie darował. No cóż, czasami rozsądek musi wziąć górę.
Wyszedłem i trzymałem go takiego lśniącego, połyskującego jej słodkim nektarem miłości. Z oplatającą łeb, grubą żyłą, trzymałem go na skraju wejścia do jej cudownej jaskini, a później delikatnie przysunąłem. Rozwierając płatki, bawiłem się jej szparką. Raz po raz rozchylałem ją na boki. Przejeżdżałem czubkiem do góry i do dołu, jakby od niechcenia. W sumie, nigdzie się nie spieszyłem. Potrzebny był mi czas, przynajmniej minuta.
Coraz bardziej wzdychała, wyginała całe swoje ciało, prężyła się i jęczała. Bardzo jej się to podobało. Jeszcze nie wchodziłem, dawałem sobie przerwę na odpoczynek, a ona myślała, że to jest część tej gry, część budowania jej wciąż rosnącego podniecenia. Pewnie i była, chociaż może nie w tym sensie. Bawiłem się jej szparką, a ona pachniała słodką wonią pożądania i miłości. Już samo to było trudne do zniesienia.
To było istne wariactwo. Już po chwili wszedłem w nią jeszcze raz. Właściwie to wpakowałem się jak dziki zwierz pozbawiony ludzkich odruchów. Jednak ona w tym czasie zdążyła opaść płasko na pościel.
Leżała swoim brzuszkiem przyklejona do materaca z ze złączonymi udami. Boże, to było niesamowite. Pół siedząc, pół klęcząc atakowałem jej cipeczkę od tyłu. Poruszałem się z wielkim trudem, a ona była jeszcze ciaśniejsza. Ciemność przed moimi oczami ogarniała coraz większe pole, coraz trudniej było mi zachować resztki zdrowego rozsądku.
Aby móc się w nią wpychać musiałem robić delikatne przysiady: do dołu i do góry, do dołu i do góry… Wymagało to ode mnie dość dużo energii. Byłem już mokry od potu, a moje serce łomotało jak szalone. Mój harpun wyginął się do pionu, trzeszczał w posadach, jaja mało nie pękły, a w mojej głowie była już tylko karuzela.
Wzdychała coraz głośniej:
-Panie Mirku, och panie Mirku!
Te jej słodkie jęki doprowadzały mnie do szaleństwa.
-Dziewczyno, przestań, przestań, ja też nie mogę, - wyrzuciłem z siebie na pół przytomnie.
Kolejne sceny naszego zbliżenia były jeszcze bardziej wyuzdane i jeszcze bardziej pozbawione, jakichkolwiek, zahamowań. Znów z niej wyszedłem. Musiałem, nie dało się tak dłużej. Jeżeli chciałem ciągnąć tą zabawę dalej musiałem opuścić jej słodkie wnętrze i wypełnić ten czas czymś innym, czymś, co, choć na trochę, odwróciło by moją uwagę, od galopującego orgazmu.
Pociągnąłem jej biodra do góry i zmusiłem, by znów uklękła. Tak naprawdę, nie wiedziała, co się dzieje, ale nie pytała. Klęczała przede mną. Jej uda wprawdzie wciąż były zsunięte, ale nie to było w tej chwili najważniejsze. Przycupnąłem tuż za nią i zacząłem lizać jej otworek analny.
Nie wiem, co mnie wtedy napadło. Miałem wrażenie, że tak będzie dobrze. Czułem się taki zboczony i zepsuty, Ale chciałem brnąć w to jeszcze bardziej. O nic innego nie dbałem. Lizałem jej dupeczkę ze wszystkich stron, a ona tylko szarpała się w słodkich konwulsjach rozkoszy. Jej orgazm zbliżał się coraz większymi krokami i zapowiadał się bardzo wybuchowo.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz