Szukaj na tym blogu

5 listopada 2018

Puszka pandory.

5. Pragnienie.

Jak się później okazało, doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że tu jestem. Upłynęło może dwadzieścia sekund, może trochę więcej. Na pewno byłem jeszcze w bardzo głębokim szoku. Jakby od niechcenia, z wyraźnym akcentem rozleniwienia, ale też niesamowitej swobody, przeciągając się jak kotka, powoli oparła się o miękkie wezgłowie. Odchyliła przy tym głowę do tyłu i, jakby ze zniechęceniem, obrzuciła mnie swoim uważnym spojrzeniem. Wypięła piersi do góry w taki sposób, że wydawały się dwa razy większe, dwa razy bardziej ponętne i słodkie. Wciąż miała szeroko rozchylone nogi. Wyglądała tak, jakby na mnie tutaj czekała, jakby wiedziała, że się obudzę i przyjdę.
Działo się ze mną mnóstwo różnych, dziwnych rzeczy. Patrzyłem na jej jasne włosy luźno opadające przez oparcie kanapy. Patrzyłem na jej idealnie harmonijną linię szczęki i podbródka. Patrzyłem na zmrużone powieki, niewielki nos i idealnie wyrzeźbione usta. Patrzyłem na piersi proszące, by wziąć je w dłonie i pieścić. Patrzyłem na wklęsły pępek i wąską talię. Próbowałem ogarnąć ją całą, nazwać i określić, jednak zdawałem sobie sprawę, że w swojej ocenie, jestem tak niedoskonały, iż grzechem by było w ogóle zaczynać. Nie byłem Bogiem. Tylko on mógłby, tylko on byłby w stanie określić i nazwać jej piękno.
Patrzyłem i czułem, jak w moich skroniach pulsuje krew. To było tak intensywne, a jednocześnie tak subtelne i delikatne, że bałem się poruszyć, bałem się zmienić cokolwiek w tym obrazie. Po prostu była.
Mogły zaistnieć dwie rzeczy. Raczej każda z nich osobno. Powiedzmy tak: albo była tak niewinna i tak nieświadoma swojej seksualności, że zachowywała się bardziej jak dziecko, które już dzieckiem nie jest, chociaż tak się jeszcze czuje, albo była tak wyrafinowaną i wytrawną kusicielką, łamaczką męskich serc, że mogłem tylko się modlić, o to bym umiał sobie poradzić z tą sytuacją.
Znów wróciło do mnie to uczucie z wieczora. Tym razem było wielokrotnie silniejsze i obezwładniające. Nie byłem w stanie ani pójść naprzód, ani się wycofać. Mimo wszystko, byłem, tak mi się przynajmniej zdawało, najszczęśliwszym człowiekiem na planecie Ziemia.
Robiła to chyba jednak celowo. Mimo wszystko, była takim koktajlem wyrafinowania i niewinności, że tworzyła sobą jedną, wielką bombę atomową.
Zmieniła pozycję. Usiadła wyprostowana i podciągnęła nogi pod brodę. Oczywiście twarzą w moją stronę, a co za tym idzie także i cipeczką. Patrzyła na mnie uważnie, ale nie wypowiedziała ani jednego słowa. Nie musiała. Jej spojrzenie mówiło wszystko. Jej ciało mówiło wszystko. Każdy jej ruch zdawał się krzyczeć w moją stronę: “Weź mnie w ramiona! Kochaj się ze mną!”
A i ja byłem w ciągłej rozterce. Była zbyt piękna, aby po prostu przelecieć się jak zwykłą dziwkę. Była ikoną. Bałem się ją zbezcześcić. Tylko mój fiut wiedział, co robić. On mnie stracił głowy, może dlatego, że jej nie miał.
Wstała, podeszła do ściany przodem, wystawiła ramiona nad głowę i oparła się o nią. Nie wierzyłem, że to dzieje się naprawdę. Zacząłem trząść się jeszcze bardziej. Po prostu, rzucało moim ciałem jak w febrze. Chwyciłem się za głowę i patrzyłem na nią wielkimi oczami.
Odwróciła twarz w moją stronę i przeszyła mnie swoim spojrzeniem. W jej oczach było tylko jedno pragnienie. Znałem je doskonale.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Przeczytaj

Zapach rozkoszy

14. Błagając o więcej A później gwałtownie wyszedł z jej ust – wysunął się powoli, lecz zdecydowanie, zostawiając w niej pustkę gorącą i nat...