Szukaj na tym blogu

22 listopada 2018

Syrena.

4. Słodkie majaki.

Leżała na brzuchu w płytkiej wodzie. Była mokra i naga. Dopiero teraz to do mnie dotarło, że była naga, jak ja. Gruby kutas sterczał między moimi nogami, a ja nie reagowałem wstydem. Co tutaj robiła? Pływała tak, jak ja? Pewnie od samego początku mnie widziała. Dlaczego się nie odezwała?
Trwaliśmy naprzeciw siebie, jak dwoje dzikich, ciekawskich zwierząt. Jeszcze nie wiedzieliśmy, jaką reakcję przedsięwziąć: uciekać, czy atakować.
Była noc, ale wiedziałem, że jest ładna, więcej niż ładna. To był azjatycki typ urody. Delikatna i młodzieńcza twarz, ciemne, jak węgiel oczy uważnie wpatrywały się we mnie. Widziałem krople wody spływające po jej plecach.
I stało się, stało się. Znowu stało się coś, czego nie potrafię wyjaśnić. W żaden sposób nie potrafię wyjaśnić. Po prostu, wszedłem do wody nieco głębiej. Usiadłem na kamieniu wygodnie. Zanurzyłem nogi, fale odbywały moje łydki.
Usiadłem na wielkim głazie z szeroko rozstawionymi udami. Drżałem z podniecenia. Drżałem, bo wiedziałem, co za chwilę się stanie. Wiedziałem to, tak bardzo wiedziałem. Mimo wszystko, nie potrafiłem zachować się inaczej. Nie potrafiłem zareagować inaczej. Byłem jak w amoku, jak zaczarowany. Dziwne. Nigdy wcześniej tak się nie czułem.
Usiadłem na tym kamieniu z szeroko rozstawionymi nogami, szeroko, naprawdę szeroko, tak, jakbym sam chciał jej pokazać, co tam mam. Mój kutas sterczał do góry, czubkiem sięgając prawie pępka. Wielki grzyb wskazywał wprost na moją brodę. Skóra obciągnięta była mocno do dołu.
Nie wiem, jak to się stało. Nigdy nie miałem tak wielkiego i twardego fiuta, ale, z jakichś powodów, nie zastanowiło mnie to głębiej. Po prostu wielkie żyły, takie fioletowo niebieskie wyszły na wierzch, oplatając całą jego długość.
Boże, byłem jak byk rozpłodowy. Ciężkie jaja zwisały między moimi udami, a ja byłem tak bardzo napięty i czekałem. Czekałem na to, co stanie się zaraz, na to co stanie się za chwilę.
Była noc i ciemność otaczała nas swoim całunem. Nie potrzebne były żadne słowa, żaden tłumacz, żaden język. Tego języka  nie trzeba tłumaczyć. Ten język rozumie każdy obywatel tego świata.
Podpłynęła do mnie. Właściwie, przyczołgała się. Zrobiła to cicho, prawie bezszelestnie. Weszła między moje uda. Wsunęła się delikatnie i zbliżyła swoją twarz, swoją śliczną, małą buziulkę w stronę mojego wielkiego ogiera, tego potwora, oplecionego mnóstwem fioletowych żył. Zbliżyła się do niego bardzo, zbliżyła się ustami. Dotknęła jego powierzchni w połowie długości. Wysunęła język i przejechała nim od dołu do góry: raz, drugi, trzeci…
“Boże, cóż to za dziewczyna?” -   pomyślałem, ale znów nie powiedziałem nic.
Drżałem. Trudno było w to uwierzyć. Nieznana mi kochanka, młoda dziewczyna, była tutaj, w nocy, nie wiadomo, jak się pojawiła i nie wiadomo, w jakim celu przybyła, czego chciała. I co najdziwniejsze, brak odpowiedzi na te pytania, wcale mi nie przeszkadzał.
Nie. Chyba było inaczej. Wiedziałem. Ja wiedziałem, czego chciała. Od samego początku wiedziałem. Pojawiliśmy się w tym dzikim, odludnym miejscu dokładnie o tej samej godzinie. Czy może być bardziej dziwny zbieg okoliczności?
Myślę, że chcieliśmy tego samego.  Chociaż nie. Może była tylko moim marzeniem, tylko moim snem? No, bo jak? Jak inaczej to wytłumaczyć? Może śniłem, leżąc gdzieś w łóżku, może wygodnie spałem i w mojej głowie tworzyły się słodkie majaki? Jedynak nie. To było zbyt realne, zbyt rzeczywiste.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Przeczytaj

Zapach rozkoszy

14. Błagając o więcej A później gwałtownie wyszedł z jej ust – wysunął się powoli, lecz zdecydowanie, zostawiając w niej pustkę gorącą i nat...