1. W blasku księżyca.
Był rok 1987, lato. Po bardzo upalnym dniu nastąpiła równie gorąca i parna noc. Ta noc była księżycowa i jasna. Tarcza naszego satelity lśniła na niebie, niczym wielka twarz. Przez ten blask, firmament wydawał się całkowicie pozbawiony gwiazd. Ta chwila była tajemnicza i cudowna. To był idealny moment na samotny spacer brzegiem morza.
Miejsce było równie cudowne, co sam wieczór. Przebywałem wtedy na wyspie Rugia, położonej na terenie Niemiec. Kiedyś, kiedy byliśmy jeszcze w bloku wschodnim, to państwo nazywało NRD. Tak jak wielu ludzi w moim wieku, przyjechałem do pracy w ramach tak zwanego OHP. Mogłem zarobić trochę pieniędzy i nabyć towary niedostępne wtedy w naszym kraju. Wtedy to był też dobry sposób na, wyrwanie się z domu i zwiedzenie świata.
W moim paszporcie dumnie widniało już kilkanaście pieczątek z państw demoludu. Tak, wtedy to było coś. Mogłem pochwalić się znajomym, że zwiedziłem pół Europy.
Przyjechaliśmy tutaj trzydziestoosobową grupą, razem z przewodnikiem, który, teoretycznie, miał być tłumaczem, ale jako, że byliśmy w bardzo specyficznym miejscu, coś w rodzaju naszych Kaszub, pani, która, jak nam się zdawało, dość dobrze znała język niemiecki, z pięciominutowej wypowiedzi tubylca potrafiła przetłumaczyć jedynie cztery słowa. Powód był prosty, pan mówił gwarą.
Tak więc, jeżeli chodzi o kontakty interpersonalne z miejscowymi, byliśmy zdani jedynie na siebie, a konkretnie język “migowy” i słownik. Absolutnie, nie przeszkadzało tam to w zawieraniu nowych znajomości. Wystarczyło trochę dobrych chęci i młodzieńczego zapału.
Szybko zrozumiałem, że sznycel to kotlet, a sznaps to wódka. A w sklepie wystarczy powiedzieć: ain grospake szekolad, i pani przynosiła cały karton. Tak, handlowało się tym i owym, a wolny czas spędzało się w restauracjach i dyskotekach. Chociaż, nie było to regułą. Były dni, że wolałem być, po prostu, sam.
Tak było i tym razem. Po ciężkim dniu pracy, moi koledzy poszli balować do jakiejś knajpy. Później szlajali się, wydzielając mordy na ulicach miasta. Aż dziwiłem się, że nie zgarnęła ich miejscowa milicja. Tego wieczoru miałem trochę posępny nastrój i wolałem spędzić kilka godzin samotnie, z dala od zgiełku cywilizacji, ludzi i wszystkiego tego, co jest z tym związane.
Rugia jest wyspą na Bałtyku, większą siostrą naszego Wolina. To urokliwe miejsce, pełne przepięknych zatoczek z płytką, ciepłą wodą i naturalną, jakby nie ruszoną ludzką ręką, przyrodą. Zakochałem się w tym regionie od samego początku. Gdzie się nie ruszyłem, było morze. Idealnie utrzymane niemieckie ogródki przydomowe, także wzbudzały mój zachwyt. Na dodatek, dziewczyny. Młode, ładne, bezpruderyjne i bardzo chętne do zawierania nowych znajomości, szczególnie z bratnich, zaprzyjaźnionych krajów. Wystarczył tylko uśmiech, drobny gest i już prawie byliście parą.
Szedłem brzegiem niewielkiej zatoczki, ze wszystkich stron porośniętej wysoką i gęstą trzciną. Tu i ówdzie brzeg wznosił się bardziej stromo a z wody wystawały wielkie głazy, na których można było przysiąść i odpocząć.
W blasku księżyca morskie fale, aczkolwiek niewielkie, majaczyły niczym spienione bałwany. Raz po raz przybijały do brzegu, uderzały w kamienie, rozrzucając w powietrzu fontanny kropel słonej wody. Czasami, kiedy wiatr nieco ucichł, łagodnie i spokojnie szumiały, niosąc ze sobą spokój i rozluźniającą, senną atmosferę.
Tego wieczoru zrobiłem coś, niekonwencjonalnego, coś jak dla mnie wtedy, bardzo szalonego, coś, co na długo zapadło w mojej pamięci. Nie wiem, co wtedy strzeliło mi do głowy. Morze widok tej plaży toples, na której byliśmy kilka dni wcześniej? Hm… setki nagich, jędrnych piersi, mogą zrobić na dwudziestokilkuletnim chłopaku wrażenie. A może te plotki, według których, w okolicy była nielegalna plaża nudystów. No tak, dużo o niej rozmawialiśmy, jednak, jak do tej pory, nie odważyliśmy się na nią wybrać.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz