Szukaj na tym blogu

2 czerwca 2019

Lolita na polowaniu.


1. Zabrałem ją na grzyby.

To wszystko, co się wtedy wydarzyło, było tak wyjątkowe i takie inne. Tamten dzień, tamto miejsce, tamta dziewczyna…  To była jesień, początek jesieni, właściwie. Chociaż może koniec lata. Nie wiem nie pamiętam. Może nie chcę pamiętać takich drobnych szczegółów, które nie mają specjalnego znaczenia.
A co ma znaczenie? Znaczenie ma właśnie ona: córka sąsiadów - Julia. Piękna, rudowłosa dziewczyna. Właściwie to ona była przeciętnej urody. Chociaż w moich oczach zawsze była i będzie piękna. Może nie ze względu na swój wygląd, zawsze taka była, ale ze względu na młodość, energię i to, co w sobie miała, ten uśmiech, tą chęć życia, pragnienie doświadczania nowych rzeczy każdego dnia, pragnienie odczuwania bycia tu i teraz, w tym świecie. To wszystko, między innymi dla mnie.
Zabrałem ją wtedy na grzyby. To były kurki, zdaje się. Pojechaliśmy w dobrze znane mi miejsce, gdzie wiedziałem, że na pewno coś znajdziemy. Zabrałem ją, bo to ona na to nalegała. Ona chciała, żebym ją gdzieś wreszcie wyrwał z tego domu, bo tylko szkoła i wciąż ci sami koledzy. Zawsze byłem dla niej starszym, dobrym wujkiem, który umiał pokazać świat. Sąsiedzi mieli do mnie zaufanie.  Mieli, oczywiście, do tego momentu.
Zresztą, mam nadzieję, że nigdy o tym się nie dowiedzieli. Miałem nadzieję że to, co się stało, tego dnia, nigdy nie wyszło na jaw.
Julia. Nie, no nie przesadzajmy, ona była przeciętnej urody. 17 lat, rude, długie, gęste, bujne włosy, sięgające do pośladków, brązowe, duże oczy, gęste brwi, długie rzęsy, ładne zęby, uśmiech szeroki od ucha do ucha i ta energia, która zawsze od niej biła. Pamiętam to dokładnie jak dziś, jak teraz, jak przed chwilą.
Więc zabrałem ją na te grzyby moim samochodem i pojechałem do tego zagajnika. Było ciepło. Zaraz po wyjściu zrzuciła z siebie kurtkę, a że było koło południa i zrobiło się niemal upalnie, dopiero po chwili zorientowałem się, jaki był powód (jej prywatny powód) tego grzybobrania.
Miała na sobie, zdaje się, cytrynową sukienkę, z delikatnej dzianiny. Wydawała się, jakby była zrobiona na szydełku, miejscami z mnóstwem malutkich dziureczek i z obszywanymi guzikami.
Tak, te guziki nie były dopięte. Właściwie, to były dopięte, ale sukienka, elastycznie opinając ciało (jakby jej brakowało) w tym miejscu rozchodziła się na boki, odsłaniając kawałek brzucha. Właśnie w tym miejscu znajdował się jej cudowny pępuszek. Zważywszy na to wszystko, dopiero teraz uświadomiłem sobie, jaki popełniłem błąd.
Właściwie… tak, jestem tego pewien, nie żałowałem tego. Absolutnie zdałem sobie sprawę, że Julia nie miała pod spodem kompletnie nic. Zakręciło mi się w głowie. Mogłem się tylko domyślać tych wspaniałych krągłości, które mieściły się pod jej sukieneczką. Tam kipiały młodością jej piersi. Zawsze zastanawiałem się, jak duże one są, zawsze zastanawiałem się nad jej kształtami. Chociaż tyle razy ją widziałem, nigdy nie miałem okazji podziwiać jej bez ubrania i, powiem szczerze, teraz, w tej chwili, kiedy nadarzyła się ku temu okazja, zamarłem, jakby się wystraszyłem. Wystraszyłem się tego, co za chwilę miało się stać. Tak, jak bym chciał uciec, wycofać się gdzieś, ale było już za późno.
Nie wiem, może miałem jakieś inne wyjście, ale nie potrafiłem z niego skorzystać. Julia stała przede mną, trzymała trawkę w dłoni, zagryzając ją niedbale, drugą ręką rozczesywała swoje bujne, rude włosy. Przechyliła głowę na jeden bok i patrzyła na mnie, uśmiechając się szeroko. Wiedziałem już, że to nie będzie zwykły wyjazd.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Przeczytaj

Zapach rozkoszy

14. Błagając o więcej A później gwałtownie wyszedł z jej ust – wysunął się powoli, lecz zdecydowanie, zostawiając w niej pustkę gorącą i nat...