Szukaj na tym blogu

11 czerwca 2019

Lolita na polowaniu.

10. Spragnionymi ustami.

Kolejne rozdziały tej niesamowitej, cudownej gry zaczęły następować o sobie niejako automatycznie. Moje wcześniejsze obawy o to, czy stanę na wysokości zadania, powiedzmy, po chwilowej niedyspozycji, a ściślej, po tym niefortunnym falstarcie w jej ustach, okazały się, pozbawione podstaw. Teraz wszystko powoli zaczynało przybierać trochę lepsze kształty. Powiedzmy, że się wyłączyłem. Nie myślałem tak bardzo głową, a raczej, jak to brzydko określają, kutasem. Wbrew pozorom, okazało się to być bardzo dobrym posunięciem.
Podjąłem ten wysiłek i odstawiłem na bok wszystkie moje wcześniejsze skrupuły, pruderię i cokolwiek by jeszcze tam było. Teraz chciałem dać coś z siebie. To, co robiłem, było niemalże automatyczne. Moje ciało podpowiadało mi, jak mam się zachować. Moje ciało mówiło mi, jaki ruch teraz mam wykonać. Były to wskazówki bardzo precyzyjne i niezwykle skuteczne.
Bardzo delikatnie posadziłem ją na tym piasku. Ułożyłem swoje dłonie gdzieś pod jej pachami i popchnąłem drobne ciało. Zacząłem ją układać na tym suchym piasku. Za plecami miała jakieś niewielkie drzewko, ale dość stabilne. W ten sposób mogła bez przeszkód się o nie oprzeć.
Następnie spokojnie, całkowicie bez pośpiechu rozłożyłem jej uda. Rozsunąłem jej nogi tak szeroko, jak tylko się dało, tak szeroko, jak było to tylko możliwe. Podciągnąłem jej kolano nieco wyżej, tak, że znalazło się niemal pod brodą.
W tej chwili wyglądała tak jakby robiła szpagat. Wiem, że taka pozycja dla starszej dziewczyny, prawdopodobnie, stanowiłaby jakiś problem. Wymagało to sporo wysiłku i rozciągniętych mięśni. Niemniej, dla nastolatki nie stanowiło to żadnego kłopotu.
Kiedy już tak leżała na tym piasku (właściwe pół leżała, pół siedziała), opadłem, najpierw na kolana, a później pochyliłem się i podparłem łokciami. Po chwili, zacząłem obniżać swoją głowę i zbliżać się  do jej podnieconej kobiecości.
Drżała, w oczekiwaniu na to, co będzie dalej, na to, co się stanie, co zrobię z jej słodką cipeczką. Pochyliłem się, położyłem dłonie: jedną po prawej, drugą po lewej stronie. Delikatnie, kciukami rozwarłem jej szparkę na boki. Od razu ukazało się soczyste, wilgotne wnętrze, pełne fałdek i załamań. W głębi było różowe, miejscami ciemniejsze, niemal karminowe. Pośrodku znajdował się głęboki, ciasny otworek.
Od razu nabrałem większej ochoty na to, aby jeszcze bardziej zmniejszyć odległość między nią, a moimi ustami. Pod palcami dłoni czułem jej kobiecość, uda i podbrzusze. Czułem ten zapach, taki słodko-kwaśny, upojny, uwodzący, sprawiający, że traciłem poczucie rzeczywistości. Czułem ją tak blisko, tak dokładnie, tak w pełni kobiecą.
Zacząłem zbliżać swoją twarz do jej słodkich warg sromowych, do płatków jej różyczki, a ona, w tym samym czasie, położyła dłoń i na mojej potylicy i zaczęła delikatnie wciskać mnie w swoje niewinne gniazdko miłości. Powoli naciskała do przodu, tak bym zanurzył się swoim językiem w jej słodkiej szparce.
Byłem tak blisko, coraz bliżej. Od punktu kulminacyjnego dzieliło mnie już tylko kilka centymetrów. Pachniała coraz bardziej słodko i odurzająco. Na moment przymknąłem powieki I daleko wysunąłem język. Zatraciłem się w tej chwili, byłem tylko ja, ona i seks, słodki seks z nią.
I pamiętam tą chwilę, kolejną chwilę, kiedy wszystko się wydarzyło. Pamiętam, że tak z przymkniętymi oczami, rzucając się na żywioł jej słodkiej norki, jej słodkiego, wilgotnego, gorącego ciała spragnionymi ustami, zupełnie na pamięć  trafiłem tam, gdzie trzeba. Od razu poczułem miękkie, wilgotne płatki. Chwyciłem je swoimi wargami, zacisnąłem, wyciągnąłem do środka i zacząłem ssać.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Przeczytaj

Zapach rozkoszy

14. Błagając o więcej A później gwałtownie wyszedł z jej ust – wysunął się powoli, lecz zdecydowanie, zostawiając w niej pustkę gorącą i nat...