2. Tylko nastolatka.
Stała w dość bujnej trawie, leśnej trawie, takiej, której nie zeżre żadna krowa, na wpół wyschniętej. Stała pomiędzy niewielkimi sosnami, z tyłu za nią rozpościerała się piaszczysta łacha, wystawiona na intensywne promienie słoneczne. Nie wiem, po co to robiła. Trudno mi jest określić powód jej zachowania. Mogę się tylko domyślać, ale i tak, prawdopodobnie, nie odda to rzeczywistości. Chociaż, może w jakimś stopniu.
Pod tymi sosnami (bo to był taki zagajnik, dziki, leśny) pachniało żywicą. Igliwie szumiało wiatrem gdzieś w koronach drzew, a ona w tej swojej cieniutkiej, delikatnej, niemalże koronkowej, sukience, sięgającej kostek, stała na jednej nodze. Na drugiej, zgiętej w kolanie i wystawionej do przodu, podciągnęła ten materiał do góry, odsłaniając swoje udo. Wciąż rozczesywała włosy, wciąż patrzyła na mnie. Teraz jeszcze bardziej zalotnie, jeszcze bardziej ponętnie, a ja myślałem, że zwariuję.
Nie umiałem wydobyć z siebie żadnego słowa. Zresztą, nie wiem, czy jakiekolwiek słowa były w tej chwili potrzebne. No dobrze, patrzyłem na nią, podziwiałem jej kształty, patrzyłem w to miejsce, gdzie cienki materiał opinał się na sterczących, mocno wystających, sutkach jej piersi. Czekałem na ten moment, kiedy wreszcie rozepnie guziki i ujawnią się jej wszystkie skarby. Czekałem na ten moment, kiedy wreszcie podciągnie tą sukienkę wyżej i ujrzę jej cudowną, młodą, soczystą kobiecość. Czas jakby się zatrzymał, wszystko zdawało się być nierzeczywiste i odrealnione. Byliśmy tylko my dwoje, szum lasu, słońce i świeże powietrze.
Dopiero teraz miałem odwagę podejść do niej bliżej. Boże, jaka ona była piękna! Jej młode, przenikliwe oczy przeszywały mnie na wylot, świdrowały mój mózg, moją duszę i moje ciało. Trzęsłem się coraz bardziej, w oczekiwaniu na każdą, kolejną sekundę spędzoną razem z nią. Ten uśmiech… tylko nastolatka może się tak uśmiechać: całą sobą, całą duszą, oczami, całym ciałem. Te delikatne rumieńce na policzkach, te niesamowicie podniecające dołeczki!
“Boże, Boże… dziewczyno!” - myślałem gorączkowo, a ona stała i przeciągała się, jakby od niechcenia, raz w jedną, raz w drugą stronę. Ja tymczasem, krok za krokiem, powoli jak żółw, zbliżałem się do niej, chcąc być jak najbliżej, czuć jak najwięcej, widzieć jak najwięcej. Drżałem coraz bardziej.
Odwróciła się bokiem i znów się przeciągając, rozczesywała swoje długie, rude włosy. Przestępując z nogi na nogę, podciągała co chwilę sukienkę do góry. Prowokując bawiąc i uwodząc w najlepszy sposób, jaki tylko miała do dyspozycji, precyzyjnie prowadziła mnie na zatracenie. W zasadzie nie potrzebowała żadnej specjalnej broni. Jej bronią o niesamowitej mocy była właśnie jej młodość.
Odwróciła się przodem, przechyliła głowę na bok, potrząsnęła i jej włosy rozsypały się kaskadą na jednym ramieniu. Delikatnie, czubkami palców zaczęła rozpinać guziki: począwszy od najwyższego, coraz niżej i niżej. Uśmiechała się wciąż, ale był to już trochę inny uśmiech, mniej serdeczny, a bardziej przesiąknięty oczekiwaniem na coś niezwykłego, na jakieś niezwykłe, cudowne zdarzenie. Ten uśmiech naznaczony był młodzieńczym, niewinnym erotyzmem, pragnieniem doświadczenia pierwszego grzechu.
Chociaż, nie wiem. Trudno było mi ocenić w tej chwili, jak daleko jest posunięta w tych sprawach, ale, mimo wszystko, ta niewinność przedzierała się przez każdą chwilę spędzoną z nią.
-Julia? - spytałem niepewnie, - Julka, czy ty wiesz, co robisz?

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz