10. Sama dam sobie radę.
-Myślę, że sama dam sobie radę…
Odsłoniła swoje piersi. Były jak dwa, nieduże harmonijnie ukształtowane jabłuszka. Poczułem się niepewnie i odruchowo odchrząknąłem.
Mój fiut ciągle leżał. Nie wiem dlaczego, ale nie był w stanie przyjąć normalnych rozmiarów. Co nie zmieniało faktu, że byłem tak podniecony, iż w pewnym momencie, jakby wbrew mojej woli, obfitym strumieniem popłynęła z niego sperma. Czułem się dziwnie: słodko, bardzo przyjemnie, ale jednak jakoś tak inaczej. Nie umiałem tego nazwać.
Patrzyła. Poruszałem kutasem, rozrzucając nasienie po swoich udach.
-Uch! - westchnęła nerwowo, unosząc się i opadając.
Zerknąłem między jej uda i zobaczyłem dużą, mokrą plamę. Roześmiała się i powiedziała:
-Strzepał dla mnie konia. Naprawdę, trzepał dla mnie konia.
Po chwili, jakby zawstydzona odwróciła głowę. Położyłem się na wznak i bawiłem się, póki fujara całkiem nie opadła.
-Ha, ha, ha… - śmiała się jeszcze raz, poprawiając nerwowo włosy.
To by było wszystko. Tego nie nic więcej się nie wydarzyło.
-Wpadniesz jutro na kawę, - odezwała się na pożegnanie.
-Tak, oczywiście, - zgodziłem się bez namysłu.
-O siedemnastej? - spytała.
-Może być.
-No, to jesteśmy umówieni.
Nazajutrz okazało się, że oprócz tak zwanej kawy jest też mała imprezka, mocniejsze trunki i muzyka. Szybko zostałem wciągnięty w rytm dobrej zabawy.
Gdzieś w połowie balangi do salonu weszła młoda, ładna dziewczyna. Od razu podeszła do mnie i wyciągnęła rękę.
-Beata, - przedstawiła się.
Miała drobną, ładną buzię, blond włosy i siedemnaście lat. Spodobała mi się. Bawiłem się, żartowałem, ale ciągle gapiłem się na nią. Okazało się, że jest ciepłą i serdeczną osobą.
Grubo po północy zabawa dobiegła końca. Nawet nie wiem kiedy wszyscy goście się rozeszli, a ja wylądowałem w łazience z głową nad sedesem. Za dużo zjadłem, pomieszałem napoje i efekt był murowany, aczkolwiek dosyć nieprzyjemny.
Kiedy wreszcie doprowadziłem się do porządku i niepewnym krokiem schodziłem na parter, z niedowierzaniem zobaczyłem, że moja muza siedzi na sofie.
-Co ty tu jeszcze robisz? - spytałem zaskoczony.
-Dobre pytanie, a ty? - odpowiedziała, uważnie mi się przyglądając.
Ona także była nieźle wstawiona. Wbiła we mnie swój wzrok. Jej oczy były niebiesko zielone, lekko skośne.
-Ja? - rzuciłem, jakby nie o mnie chodziło.
Pokiwała głową i uśmiechnęła się samymi kącikami ust.
-Źle się poczułem, ale już wychodzę. Odprowadzić cię, czy może zostajesz? - odpowiedziałem na końcu.
Pokręciła swoim małym noskiem i mruknęła:
-Właściwie, to sama nie wiem.
Miała na sobie czarną, koronkową sukienkę. Kreacja była bardzo delikatna, cienka, wydawała się wręcz przyklejona do jej ciała.
-Jak to, nie wiesz? - spytałem.
Zachowywała się dziwnie, dlatego uważnie się jej przyglądałem.
-Nie wiem… - powtórzyła tylko.
Jakby od niechcenia sięgnęła dłońmi do swoich ramion.
-Źle się czujesz? - zainteresowałem się.
-Nie.
Centymetr po centymetrze zsuwała materiał. Byłem przekonany, że za chwilę podciągnie go do góry. Patrzyłem na nią bardzo poważnie.
-Co robisz? - rzuciłem pytanie.
-Nic, - powiedziała.
-Pomóc ci w czymś?
Jeszcze raz słodko się uśmiechnęła.
-Myślę, że sama dam sobie radę…
Odsłoniła swoje piersi. Były jak dwa, nieduże harmonijnie ukształtowane jabłuszka. Poczułem się niepewnie i odruchowo odchrząknąłem.
-… chociaż… - ciągnęła, - … jak chcesz… możesz popatrzeć.
Jak zahipnotyzowany, wlepiłem wzrok w jej sutki. Wyglądały jak dwie duże, jaśniejsze od reszty ciała krosty. Jeszcze takich nie widziałem.
-Popatrzeć, mówisz…?
-Uhu…
Spoglądała na mnie w taki sposób, jakby prosiła, bym ją zgwałcił. Jej oczy błyszczały pożądaniem, a na ustach wciąż malował się ten pozornie niewinny, truskawkowy uśmiech.
-No dobrze… a co chcesz mi pokazać?
-Coś ekstra, bądź cierpliwy.
Jej sukienka znajdowała się teraz na wysokości pępka. Opadła niżej na kanapie i rozrzuciła swoje jasne, lniane włosy po nagich ramionach.
-No dobrze, właściwie to nigdzie się nie spieszę.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz