22. No wal konia, kundlu pierdolony!
Po krótkiej przejażdżce ulicami miasta dotarliśmy na miejsce. Znajdowaliśmy się w jakimś małym pomieszczeniu z jednym zakratowanym oknem. Znajdowało się tu biurko, o które właśnie byłem oparty pośladkami i dwa drewniane krzesła. Przede mną stały funkcjonariuszki. Te same, które aresztowały mnie na ulicy. Jedna z nich była blondynką, a druga brunetką. Obydwie były w wieku gdzieś między trzydziestką a czterdziestką. Gołe, nie licząc pagonów na ramionach i broni na zgrabnych biodrach. Miały duże cycki i szerokie, podniecające tyłki.
Nie bardzo wiedziałem, co się dzieje, ale chyba byłem przesłuchiwany. Zdaje się, że mimo wszystko nie do końca zdawałem sobie z tego sprawę. Nie chciałem dopuścić do siebie możliwości, że w jakikolwiek sposób mogłem przekroczyć prawo. Zawsze starałem się być przykładnym obywatelem.
To było tak, jakbym obudził się w złym śnie. Nie czułem się dobrze. Miałem wrażenie, że jestem przyparty do muru, zablokowany, bez jakiejkolwiek drogi ucieczki. Mogły ze mną zrobić, wszystko, dosłownie co tylko chciały, a ja miałem niewielkie szanse obrony. Szczególnie że nie miałem na sobie ani jednego ciuszka. To dziwne, że bez ubrania człowiek czuje się tak bardzo bezbronny.
W ogóle to nie było w porządku. Z jednej strony moje podniecenie wymykało się już spod kontroli, co bardzo mnie denerwowało, a z drugiej skrępowanie i wstyd sprawiały, że czułem się bardzo niekomfortowo. Wyobraź sobie, że aresztuje cię naga, bardzo atrakcyjna policjantka i mówi ci, że popełniłeś przestępstwo z samego tylko faktu, że jesteś w ubraniu. Jakbyś się czuł? No chyba nieciekawie.
-Zacznijmy jeszcze raz, - ciemnowłosa uniosła dłoń, - tylko nie kłam, bo będziesz surowo ukarany. Dlaczego znalazłeś się na ulicy sam? Co? Dlaczego byłeś bez opieki kobiety? Dlaczego miałeś na sobie ubranie?
Zacząłem się pocić. Nie wiem, czy bardziej z podniecenia, czy ze strachu. Cofnąłem się odruchowo, ale drogę zagradzało mi biurko. Lęk i chęć ucieczki mieszały się z coraz bardziej narastającą pasją.
-Nie, nie to nie tak… - zacząłem, - ja zaraz wszystko wytłumaczę…
Blondynka pokręciła głową.
-Poważnie? Chcesz jeszcze coś tłumaczyć? Ja myślę, że fakty mówią same za siebie.
-Słucham?
-Zamknij się! Pieprzony samiec.
Odwróciła się do koleżanki.
-Co on sobie myśli?! - powiedziała.
-Co robimy? Odeślemy go?
-Nie. Nie ma takiej potrzeby. I tak nikt o nim nie wie. Nierejestrowany jest. Sprawdzałam.
-Więc co robimy?
-Trzeba go porządnie wykorzystać. Niech udowodni swoją przynależność gatunkową, a później się zobaczy.
-Myślisz? Nikt się o niego nie upomni?
-Raczej tak. Tylko popatrz na niego. Od razu widać, że jakiś obcy. Dadzą mu eutanazję i nikomu się nie przyda, a tak trochę się zabawimy.
-No masz rację. Więc co?
-Niech zwali sobie konia.
-Hehehe… naprawdę?
-No, tylko zobacz jakie ma wielkie jaja.
-No, rzeczywiście.
-Wiesz, ile jest w nich nasienia.
-Och, ja cię nie mogę. Rzeczywiście.
Obydwie popatrzyły na mnie. Były zdecydowane wziąć mnie w obroty na tym komisariacie.
-No wal konia, kundlu pierdolony! - wydarła się blondynka.
Czarna z drwiną, ale i pożądaniem spojrzała na moje sterczące narzędzie. Nie miałem się czego wstydzić. Chuj był wielki jak dyszel od wozu. Mimo wszystko zrobić sobie dobrze przy nich to nie było takie proste. W mojej głowie pojawiła się panika.
-Ale… Jak? Teraz? - zacząłem protestować, chociaż zdawałem sobie sprawę, że jest to bezcelowe.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz