37. Pierwsze chwile w schronisku.
Przede mną ciągnął się długi, czysty, pomalowany na biało korytarz. Jak okiem sięgnąć po prawej i lewej stronie znajdowały się zakratowane pomieszczenia. Każde z nich było wielkości celi więziennej, ale większej od tej, w której przebywałem do tej pory. Ich wymiary to mniej więcej dwa na trzy metry. Do jednego z nich po chwili mnie wprowadzono. W środku znajdowało się łóżko. Było składane i przykręcone do ściany, ale dość wygodne, z czystą pachnącą pościelą i miękką poduszką.
W rogu w głębi, za niewielkim przepierzeniem było coś, co miało być chyba kącikiem czystości. To był sedes i umywalka.
Naprzeciwko łóżka znajdował się stolik. Również składany przykręcony do ściany. Pod sufitem na jednej ze ścian zamontowany był płaski telewizor. Na ekranie cały czas leciały jakieś teledyski, ale nie byłem w stanie zidentyfikować, jacy to wykonawcy. Nie znałem żadnego zespołu. Jeden mały szczegół, jaki to wszystko wyróżniał to to, że były to same kobiety. Poza tym, jak można było się spodziewać, wszystkie były nagie lub prawie nagie.
Kiedy usłyszałem trzask automatycznego zamka, dotarło do mnie, że to także jest więzienie. Może bardziej wygodne, ale jednak więzienie. Nazywały to schroniskiem. Miałem tu przebywać przez jakiś czas. Do zapadnięcia wyroku w mojej sprawie. Chodzisz, jak się dowiedziałem, miało mnie na rozprawie nie być. Podobno to standardowa procedura i nie byłem potrzebny. Wydawało mi się to dziwne i krzywdzące, ale przy każdej próbie zwrócenia na to uwagi, słyszałem, żebym siedział cicho, bo mogę jeszcze pogorszyć swoją sytuację.
Roztarłem siniaki na nadgarstkach, które zostały mi po zbyt ciasno zapiętych kajdankach i usiadłem na łóżku. Materac okazał się nad wyraz miękki i wygodny. Przez chwilę zastanawiałem się co dalej, co się ze mną stanie i jak się z tego wykaraskać.
Po jakimś czasie uświadomiłem sobie, że nie jestem sam. Zewsząd dochodziły głosy. Były to rozmowy prowadzone między mieszkańcami poszczególnych pomieszczeń. Jako że zamiast ściany oddzielającej je od korytarza była tylko krata, wszystko było doskonale słychać.
-Ej nowy, skąd jesteś? - usłyszałem z dość bliska przyciszony głos.
Podszedłem do pionowych prętów.
-Gdzie cię złapały? - odezwał się jeszcze raz.
-Co? - odpowiedziałem, reagując na próbę nawiązania kontaktu ze spół osadzonym.
-No co tak dziwnie gadasz? Jestem Edek. Już trzeci raz tutaj jestem i nie wiedzą, co ze mną zrobić.
Wcisnąłem głowę między kraty. Okazało się, że on zrobił to samo. Z celi obok wychylał się mężczyzna w średnim wieku o kręconych rudych włosach. Był nagi, tak samo jak ja. Miał dość duży brzuch i pomarszczoną skórę. Widać było, że o siebie nie dba. Uśmiechnął się od ucha do ucha, pokazując przy tym braki w uzębieniu i zionąc nieświeżym oddechem. Wyciągnął rękę na powitanie, a ja ją uścisnąłem. Była spocona.
-E widzę, że francuski piesek z ciebie, - odezwał się, szczerząc brzydkie zęby, - przyznaj się, zwiałeś jakiejś ładnej pani i teraz pewnie jej szukają, co?
-Co? Nie, nie… Nie wiem, jak się tu znalazłem, - rzuciłem szybko.
Przerwał mi.
-Ta akurat, wszyscy tak gadają. Nie wiem, jak się tu znalazłem, jestem niewinny… przestań wciskać kit. Nie gadasz z babą. Mnie możesz powiedzieć prawdę.
-Ale, kiedy naprawdę, ja nie mam pojęcia, jak się tu znalazłem. Stałem w bramie. Jakaś dziewczyna wciągnęła mnie do swojego mieszkania, nakrzyczała na mnie, że jestem w ubraniu a później, grożąc pistoletem, kazała się wyruchać…
-A hahahaha… no tak… ładnie. Mówisz, że byłeś w ubraniu i nie chciałeś jej zerżnąć… - zaczął i nie skończył.
-Co? - spytałem.
-Współczuję ci.
-Współczujesz mi? Dlaczego?
-Bo wlazłeś w gówno.
-Co? Co ty gadasz.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz