33. Nadzy, bezbronni.
Stanęła. To była chwila. Stanęła tuż za moimi plecami. Zastanawiałem się, co też ona robi. Uśmiechnąłem się do niej. Chciałem na nią spojrzeć, więc uniosłem głowę. Zadarłem ją wysoko do góry, podpierając się dłońmi za swoimi, lekko pochylonymi już plecami. Oczywiście byłem nagi, a mój kutas sterczał, siny z podniecenia, pobrudzony w jej sokach i gotowy do spełnienia. Bardzo tego potrzebował. Ona też była naga. Młodziutka, szczupła, delikatna, zgrabna, piękna, jędrna i gładka.
Stało się szaleństwo. Co zrobiła ta młoda laska? Ano rozsunęła swoje stopy i zbliżyła się do mnie, do mojej głowy. Zrobiła to w ten sposób, że moja czaszka znalazła się dokładnie między jej udami.
Oszalałem z radości, z podniecenia, z miłości. Jej młodziutka, soczysta cipeczka była pięć centymetrów od moich ust. Jej uda, takie jędrne, młode i świeże obejmowały moją głowę z dwóch stron. Czekała, abym uniósł swoją twarz, wysunął język i zaczął nim penetrować jej gniazdko miłości. Bym robił to bardzo dokładnie czule i zapamiętaniem i nie pominął nawet najmniejszego zakamarka tego jej rozgrzanego, słodkiego serduszka.
Jeszcze tylko w przelocie, bo trzeba o tym napisać, gdy tak się do mnie zbliżała, byłem w stanie zobaczyć, pomijając już to młode, świeże ciało zobaczyłem jej buzię. Wyraz jej twarzy był skromny, niewinny, a jednocześnie tak jakoś cholernie podniecający, wyuzdany w sposób najprostszy, jaki można sobie wyobrazić. Jej oczy mówiły:
"Och tak, jestem gotowa. Zrób to najlepiej, jak potrafisz".
I zrobiłem. Po chwili już nic nie widziałem. Ciemność a właściwie półmrok, duszność, chwilowy brak powietrza, ciepło, parujące, wilgotne ciepło jej młodej cipeczki i totalna, słodka miękkość pofałdowanych różowo-czerwonych płatuszków jej różyczki. Czułem tylko, jak jej uda drżą, zaciskając się w coraz bardziej intensywnych konwulsjach rozkoszy. Wiedziałem, że nie mam zbyt dużo czasu i że muszę się wywiązać z tego zadania najlepiej, jak tylko potrafię.
Zacząłem lizać, świdrować, penetrować, wsuwać i wysuwać język, przesuwać w jedną i w drugą stronę, do góry, do dołu. Nie myślałem, nie zastanawiałem się nad tym, co robiłem. Rzucałem się w otchłanie rozkoszy, w morze seksualnego wyuzdania. I słyszałem tylko jej ciche pojękiwania, westchnienia, stłumione, by nie przedostały się poza te cienkie pilśniowe drzwi. Byłem już na granicy orgazmu, nie będąc w niej.
"Och młoda, młoda, laseczko, jakaś ty słodka! Och, jakaś ty niewinna. Najdroższa! Och, pragnę cię! Straciłem dla ciebie głowę. Och, jak mi dobrze, jak mi cudownie!" - kołatało się w mojej głowie.
To także nie trwało długo. Nie mogło trwać długo, ponieważ w każdej chwili do tej łazienki tuż po mnie mogła wejść Ela. Chociaż przyznam się, że z naszej perspektywy wyglądało to trochę inaczej. Mnie i być może jej zdawało się, że cały ten akt seksualny trwał wieczność, że nie miał końca.
Po kilku minutach, kiedy już miała dosyć, a ja ledwo żyłem z braku powietrza, staliśmy twarzami naprzeciw siebie. Ona pod ścianą, ja tuż przed nią. Nadzy, bezbronni wobec swoich głodnych, podnieconych oczu, drżący na całym ciele odkryci i odsłonięci, bez udawania, bez kiczu ubrań, tacy, jacy byliśmy staliśmy naprzeciw siebie.
Stała przede mną pod tą ścianą. Nie grała. Była sobą. Uniosła wysoko ramiona nad głowę i splotła palce. I zwariowałem, zgłupiałem, patrząc na nią.
"To dziecko," - myślałem, - "nie, to dorosła kobieta. No nie, to jakieś cholerne wymieszanie. Obłęd".
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz