60. Plan był prosty: sama ze sobą
Wsiadła do WKD na Podkowę Leśną, gdy pociąg stał już na peronie, sapnął cicho i ruszył w mrok.
Usiadła przy oknie, torbę z winem postawiła obok na siedzeniu, a czarną paczkę z „Secret Pleasure” położyła sobie na kolanach jak święty relikwiarz. Okno odbijało jej twarz – rozmazany makijaż, oczy wciąż zamglone, usta rozchylone w bezgłośnym westchnieniu. Za szybą migały światła mijanych osiedli, lampy uliczne rozmywały się w smugach deszczu, a ona czuła, że zapach jego skóry wciąż mieszka w jej nozdrzach: ciepła cytryna, dymny cedr, skóra wyprawiona dymem i ta mroczna, metaliczna słodycz, która osiadła na podniebieniu jak trucizna. Zielono-złote oczy wciąż patrzyły na nią spod powiek, leniwy uśmiech wisiał w powietrzu jak obietnica, której nie wypowiedziała żadna usta. Czuła to w kościach, w krwi, w najgłębszym miejscu między udami: to nie był przypadek. To było przeznaczenie. Coś, co czekało na nią od lat i właśnie dziś wieczorem postanowiło się objawić.
Stara drewniana willa na obrzeżach Podkowy Leśnej stała cicha i ciemna, otulona ogrodem, w którym hortensje uginały się pod ciężarem wilgoci, a jaśmin wylewał w powietrze gęstą, białą słodycz zmieszaną z zapachem mokrej ziemi i gnijących liści. Daniela otworzyła wielkie, skrzypiące drzwi na taras. Wieczorne powietrze wdarło się do środka – chłodne, ciężkie od ozonu, niosące odległy grzmot, który przetoczył się po niebie jak niski, gardłowy jęk. Wciągnęła je głęboko, aż sutki stwardniały jeszcze bardziej pod wilgotną sukienką, a skóra na ramionach pokryła się drobną, palącą gęsią skórką.
Poszła do łazienki boso, stukot obcasów zostawiła w przedpokoju razem z resztkami godności. Wanny napełniła gorącą wodą, do której wlała kilka kropel olejku waniliowego – podświadomie, a może celowo wybrała zapach tak bliski jej własnym perfumom, a jednocześnie tak blisko tego, co czuła od niego w autobusie. Para unosiła się leniwie, zapach gęstniał, otulał ją jak ciepła dłoń. Zdjęła sukienkę powoli, pozwalając tkaninie opaść na podłogę jak zrzucona skóra. Stanęła naga przed lustrem zaparowanym od ciepła – piersi ciężkie, lekko opadające, sutki ciemne i napięte, brzuch miękki, biodra szerokie, między udami lśniąca smuga wilgoci, która nie miała już nic wspólnego z potem.
Weszła do wody centymetr po centymetrze. Gorąco objęło kostki, łydki, uda, aż w końcu sięgnęło cipki – wtedy westchnęła cicho, niemal boleśnie. Piersi unosiły się na powierzchni jak blade wyspy, sutki sterczały twardo, reagując na kontrast ciepła i chłodniejszego powietrza nad wodą. Zanurzyła się głębiej, włosy rozlały się wokół niej jak złote nici, a dłonie powędrowały same – najpierw po brzuchu, potem niżej, muskając nabrzmiałe wargi sromowe. Wilgoć między udami mieszała się z wodą kąpielową, tworząc jedwabistą, gorącą maź. Oddychała płytko, szybko, czując, jak łechtaczka pulsuje pod opuszkami palców, jak pochwa zaciska się na pustce, domagając się czegokolwiek, co mogłoby ją rozciągnąć, wypełnić, rozerwać.
Wino chłodziło się w lodówce – ciężkie, ciemne Cabernet, które kupiła z premedytacją, jakby już wtedy wiedziała, że tej nocy będzie pić je prosto z kieliszka, a potem może z własnych palców.
W sypialni postawiła kieliszek na nocnym stoliku obok lampki o bursztynowym świetle. Pościel była biała, wykrochmalona, pachniała lawendą i słońcem, które dziś już dawno zaszło. Rozerwała paczkę z „Secret Pleasure” drżącymi rękami. Wielki, czarny wibrator leżał w pudełku jak uśpiony potwór – gruby, żyłkowany, z wypustkami, które obiecywały rozciągnięcie jej do granic. Obok mniejszy, analny, z delikatnymi wypustkami i pilotem, który obiecywał drżenie w miejscach, o których nigdy nie śmiała myśleć na głos. Lubrykant stał otwarty – zapach neutralny, ale konsystencja gęsta, śliska, gotowa.
Plan był prosty i bezwzględny: sama ze sobą, wibrator włączony na najniższy bieg, wino w kieliszku, masturbacja do wspomnień o nim. Chciała poczuć, jak się otwiera, jak ciało poddaje się fali za falą, jak cipka zaciska się na grubym silikonie, jak sutki bolą od własnego szczypania, jak w końcu krzyk wydrze się z gardła – cichy, zduszony, ale prawdziwy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz