65. Odpływałem w marzenia.
Moja cudowna ciocia siedziała na krześle z założonymi dłońmi, uśmiechała się romantycznie, czekając na moment swojego powtórnego wejścia z tekstem. Dech mi zaparło. Nawet jakbym bardzo tego chciał, nie byłbym w stanie wydobyć z siebie ani słowa. Ona była po prostu śliczna. Jej uśmiech był słodki, ciepły, romantyczny i sprawiał, że drżałem na całym ciele. Po raz kolejny zrozumiałem to co do niej naprawdę czuję. To, co sobie uświadomiłem, przeraziło mnie, ale jednocześnie wiedziałem, że nie jestem w stanie temu zaradzić. To nie był tylko pociąg fizyczny dorosłego mężczyzny do dorosłej kobiety, ale przede wszystkim niesamowicie silne zadłużenie się, młodzieńcza miłość, która odbierała zdrowy rozsądek. Tak, kochałem ją. Teraz mogłem już to powiedzieć z całą pewnością. Nie miałem najmniejszych wątpliwości odnośnie tego, co do niej czuję i to mnie z jednej strony uskrzydlało, dodawało sił i energii, a z drugiej paraliżowało, sprawiało, że panicznie się bałem o moje uczucie i nasz związek, który jeszcze się nie narodził.
W tym momencie wstała z krzesła i patrząc na mnie, zaczęła poruszać się w moim kierunku. Szła bardzo wolno, jakby celowo odciągając tę chwilę, ale jej wzrok cały czas utkwiony był w moich oczach i wyrażał głębokie uczucie, pragnienie bliskości i zjednoczenia nie tylko cielesnego, ale przede wszystkim duchowego. Tak to sobie tłumaczyłem. To, co się w tej chwili rozgrywało było tak niesamowitym przeżyciem, że momentami zatracałem poczucie czasu i miejsca.
Kiedy tak zbliżała się do mnie i jeszcze nie zaczęła śpiewać, a reflektor umieszczony za jej głową swym pomarańczowym światłem, oślepiał mnie, sprawiając, że była tylko cieniem miałem wrażenie, że to jakiś sen. A później w blasku światła zobaczyłem, jak jej w usta unoszą się i rozszerzają w serdecznym ciepłym uśmiechu, który rozgrzewał całe moje wnętrze i sprawiał, że zacząłem topnieć jak kostka lodu przy gorącym piecu. W mojej głowie zaczęły, klatka po klatce, odtwarzać się obrazy tych ostatnich chwil, kiedy z nią byłem. Jeszcze raz bardzo wyraźnie widziałem każdy jej uśmiech, każdy gest, każde zmrużenie oczu i ciepłe spojrzenie na mnie. Odpływałem w marzenia. Byłem najszczęśliwszym facetem w tej sali. Patrzyłem na nią zauroczony i wiedziałem, że od dziś cały świat stoi przede mną otworem. Wiedziałem, że mogę wszystko, byleby tylko ona była ze mną, byleby tylko mnie wspierała.
A później usłyszałem jej miękki ciepły głęboki głos:
"W królestwie naszych czterech ścian,
Rozegrał się jak film,
Nasz romans, który w oczach mam, tornero,
Czas życiu spłacić dług,
Tęsknocie wyjść przed próg,
Zbyt dobrze było razem nam,
By mogło dłużej trwać,
Pozostał wspomnień świat tornero,
Nic nie zagłuszy już,
W mym sercu twoich słodkich słów".
W tym momencie, biorąc pod uwagę sens śpiewanych przez nią słów oraz tego, co do tej pory się między nami wydarzyło, całkowicie straciłem poczucie rzeczywistości, odpłynąłem w zupełnie inny świat, świat, w którym była tylko ona i ja.
A później zatrzymała się tuż obok mnie. Nie widziałem tego, co było pomiędzy. Dostrzegłem ją dopiero, jak stała tuż obok mnie z wyciągniętymi dłońmi. Automatycznie wykonałem podobny gest, z ogromnym zaufaniem oddając się w jej posiadanie. Trzymając mnie za rękę i wciąż śpiewając, poprowadziła mnie na scenę. Poczułem się bardzo wyjątkowo. Miałem wrażenie, że otrzymałem tak potężny dar od Boga, że nie mogę go zniweczyć. Choć może było to tylko ułudą, w tej chwili zdałem sobie sprawę, że ona tym występem chce mi powiedzieć to, co naprawdę do mnie czuje.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz