Szukaj na tym blogu

2025-12-31

Czarne oczy Rix

14. Na zawsze


Jej palec na mojej skroni poruszył się raz – okrężnie, bardzo powoli – i nagle znalazłem się gdzie indziej.

Nie przeniosłem się.

Zostałem przeniesiony.

Stałem nago na środku ogromnej, okrągłej sali, której ściany były żywym niebem.

Dosłownie.

Chmury sunęły po nich leniwie, burzowe, ciężkie, przetykane błyskawicami, które nie uderzały, tylko pulsowały jak żyły pod skórą świata. Podłoga była przezroczysta – pod nią wirowały gwiazdy, całe galaktyki, powoli, majestatycznie, jakby ktoś rozlał mleko na czarny aksamit. Powietrze pachniało ozonem, deszczem i gorącym miodem.

Matka stała przede mną.

Jej fioletowa skóra lśniła teraz tysiącem odcieni – od głębokiego indygo po bladą lilię. Rogi były dłuższe, zakrzywione do tyłu, a na ich końcach wisiały małe, srebrne dzwoneczki, które nie brzęczały, tylko wydawały cichy, niski ton, który czułem w kościach miednicy.

Rix i Lir były tam również – ale już nie obok mnie.

Unosiły się kilka metrów nad podłogą, nagie, oplecione świetlistymi nićmi, które teraz pulsowały w rytm mojego serca. Ich ciała drgały lekko, jakby ktoś grał na nich niewidzialnymi strunami. Ich oczy – czarne i białe – były utkwione we mnie z czymś, co wyglądało jak zachwyt i zazdrość jednocześnie.

Matka uniosła obie dłonie.

Paznokcie-srebrne sztylety – nie dotknęły mnie.

Zamiast tego rozcięły powietrze.

I z rozcięcia wypłynęła muzyka.

Nie dźwięk.

Muzyka, która miała smak i temperaturę.

Ciepła, gęsta, miedziana.

Zaczęła tańczyć.

Nie krokami.

Całym ciałem.

Jej biodra zataczały powolne, hipnotyczne koła, ramiona unosiły się i opadały jak skrzydła wielkiego ptaka, rogi rzucały cienie, które same tańczyły po podłodze. Każdy jej ruch pozostawiał za sobą smugę fioletowego światła, która wirowała i rozpływała się w powietrzu.

Z każdym obrotem była bliżej.

Gdy znalazła się tuż przy mnie, jej dłoń – tym razem naprawdę – położyła się płasko na moim mostku.

Poczułem, jak moje serce zatrzymuje się na jedno uderzenie… i zaczyna bić w jej rytmie.

Jej drugie ramię oplotło mnie w pasie.

Nie było już „ona” i „ja”.

Było tylko jedno ciało – fioletowo-ludzkie, pulsujące, gorące.

Zaczęła mnie prowadzić.

Nie w tańcu.

W czymś znacznie starszym.

Jej biodra przycisnęły się do moich.

Czułem ją – całą – choć nie było między nami żadnej fizycznej penetracji.

Czułem, jak jej energia wchodzi we mnie, rozlewa się, wypełnia mnie po brzegi.

Czułem, jak jej wewnętrzne światło splata się z moim, jak moje żyły stają się jej żyłami, moje nerwy – jej nerwami.

Rix i Lir opadły niżej.

Teraz klęczały po obu stronach, ich dłonie na moich udach, ich usta na moich biodrach, szyi, piersi.

Ich języki rysowały symbole, których nie znałem, ale które rozumiałem każdym atomem.

Matka nachyliła się do mojego ucha – choć nie miała ust – i usłyszałem:

Jesteś naczyniem.

Jesteś kluczem.

Jesteś moim.

I wtedy zrozumiałem.

Nie była boginią.

Była przestrzenią.

Była głodem.

Była wszystkim, co kiedykolwiek pragnąłem, a czego nie potrafiłem nazwać.

Jej dłoń zsunęła się niżej – po brzuchu, po linii włosów, aż do samego korzenia mojego napięcia.

Nie dotknęła.

Nie musiała.

Po prostu pozwoliła mi wpaść.

I wpadłem.

Cały.

Bez reszty.

Czułem, jak moje ciało rozpuszcza się w jej świetle, jak moje kości stają się gwiazdami, moja krew – mgławicą.

Czułem, jak Rix i Lir piją ze mnie to, co zostaje – resztki oporu, resztki wstydu, resztki człowieczeństwa.

Kiedy doszedłem – jeśli to w ogóle było dojście – nie było wybuchu.

Było wessanie.

Ciche, głębokie, nieskończone.

Zostałem wchłonięty.

I odrodzony.

Gdy otworzyłem oczy, leżałem znów na pulsującej mgle.

Ale już nie byłem sam w sobie.

W mojej piersi biły trzy serca.

W moich żyłach płynęły trzy rodzaje krwi.

W moich oczach tańczyły trzy kolory nocy.

Matka klęczała nade mną.

Teraz mniejsza.

Bliska.

Prawie ludzka.

Dotknęła moich ust dwoma palcami.

I uśmiechnęła się – tym razem naprawdę, ustami, które nagle się pojawiły.

– Witaj w Rodzie, Andrzeju – powiedziała cicho.

– Teraz jesteś naszym bratem.

I naszym kochankiem.

I naczyniem.

Rix przytuliła się do mnie z lewej.

Lir z prawej.

Ich ciała były teraz ciepłe.

Ich oddechy spokojne.

A w oddali, w nowym, dopiero co otwartym fragmencie ciemności, usłyszałem czwarty oddech.

Czwarty głód.

I wiedziałem, że jutro

albo za tysiąc lat

albo nigdy

kolejna siostra się obudzi.

I też będzie chciała mnie.

Całego.

Na zawsze.


KONIEC



2025-12-30

Czarne oczy Rix

13. Żar z jej oczu nie parzył


4Mgła pod naszymi ciałami była teraz miękka i ciepła, pulsująca ledwie wyczuwalnym rytmem, jak gigantyczne, żywe serce. Leżałem między nimi, oszołomiony, z ciałem wciąż drżącym od pozostałości ekstazy, która nie była tylko moja, lecz nasza. Ich skóra, jedna w kolorze zimnego księżyca, druga w odcieniu rozżarzonych węgli, lśniła w świetle opadających gwiazd.

Rix przetaczała się na bok, aby leżeć twarzą w twarz ze mną. Jej rude włosy, znów zwyczajnie rude, musnęły moje ramię. Jej czarne oczy były teraz miękkie, niemal senne, ale w ich głębi wciąż tlił się ten sam głodny ogień. „Widziałeś?” – szepnęła prosto do mego umysłu, a jej mentalny głos był rozleniwiony i syty. „Widziałeś, co znaczy być w pełni przyjętym?”

Kiwnąłem głową, niezdolny do słowa. Moje uczucia były zbyt wielkie, by zmieścić je w ludzkim języku.

Lir, po mojej drugiej stronie, uniosła się na łokciu. Jej długie, czarne włosy spłynęły jak jedwabna zasłona, odcinając nas na moment od reszty komnaty. Jej mlecznobiałe oczy badały mnie z ciekawością kolekcjonera oglądającego nowy, fascynujący nabytek.

– Jesteś bardziej wytrzymały, niż sądziłam – powiedziała głosem, który brzmiał jak szelest starożytnego welinu. – Wiele z nich pękało przy pierwszym dotyku prawdziwego światła. A ty… ty je wchłonąłeś.

Jej dłoń, smukła i niezwykle długa, uniosła się i opadła na moją klatkę piersiową, tuż nad sercem. Jej dotyk był cięższy, bardziej namacalny niż dotyk Rix. Czułem pod swoją skórą jej opuszki.

– Słychać je w tobie – dodała, a jej wzrok stracił ostrość, jakby nasłuchiwała. – Echa. Odgłosy ich życia, ich strachu, ich rozkoszy. To… intensywne.

Rix wydała z siebie cichy, gardłowy dźwięk, który brzmiał jak pomruk zadowolonego kota. „Zbieram tylko najlepsze okazy.”

Lir uśmiechnęła się, a jej usta, w koloru ciemnego srebra, rozciągnęły się w czymś, co nie było do końca ludzkie. „Chciwa jesteś, mała. Zawsze byłaś.” Jej myśl była skierowana do siostry, ale ja ją usłyszałem, jak echo w wielkiej hali.

I wtedy coś się zmieniło. Atmosfera, która chwilę temu była miękka i satysfakcjonująca, znów nabrała ładunku. Czułem to na języku – posmak stali i ozonu. Światło w komnacie zafalowało, a cienie za plecami Lir poruszyły się, stając się gęstsze, bardziej wyraziste.

Rix również to poczuła. Jej rozluźnione ciało natychmiast się naprężyło. Szybko usiadła, wpatrując się w ciemność za swoją siostrą. Opuszkami palców, nagle sztywnymi, dotknęła mojego biodra, jakby chcąc mnie przytrzymać, zaznaczyć, lub… chronić.

„Ona tu jest” – pomyślała Rix, a jej mentalny głos był cienki i ostry jak brzytwa.

Lir nie odwróciła głowy. Jej mleczne oczy wciąż były utkwione we mnie, ale teraz widziałem w nich nie ciekawość, lecz ocenę.

– Zawsze jest – powiedziała głośno, a jej głos był niczym zimny dzwon. – Zawsze obserwuje. Ciekawa jest pierwszego smaku.

Z moich płuc uciekło powietrze. „Pierwszego smaku?” – pomyślałem, a mój umysł, ogłuszony i przeciążony, zareagował czystym, zwierzęcym strachem. To nie był strach przed bólem. To był strach przed byciem zjedzonym. Wchłoniętym tak doszczętnie, że nie zostałby po mnie nawet cień.

Rix pochyliła się nade mną, a jej rude włosy stworzyły namiot, odcinający mnie od widoku Lir. Jej twarz była poważna, jej czarne oczy wpiły się we mnie z nieznaną mi dotąd intensywnością.

– „Nie bój się” – nakazała mentalnie, a w jej „głosie” nie było miejsca na sprzeciw. „Strach jest słony. A ona woli słodycz. Pokaż jej to, co pokazałeś nam. Twoją pustkę. Twoją gotowość. To jest klucz.”

Jej dłonie, małe i gorące, chwyciły moją twarz. Jej kciuki przycisnęły się do moich skroni. I nagle, nie przez dotyk, ale przez ten bezpośredni, mentalny styk, przekazała mi to, czego ode mnie chciała. Obraz mojego własnego poddania. Mojej zgody. Mojej głębokiej, niepodważalnej chęci, by należeć. By być użytym.

Żar z jej oczu nie parzył.

Wnikał.

Jakby ktoś wlał w moje żyły płynne światło.

Czułem, jak każda komórka mojego ciała otwiera się na oścież, jak kwiat w południe. Nie było już wstydu, nie było granic, nie było „ja”. Było tylko „ona” i to, co ze mną robiła.

Matka nie mówiła.

Nie musiała.

2025-12-29

Czarne oczy Rix

12. To dopiero początek


Światło w komnacie zgasło na moment, tylko na jedno uderzenie serca, a gdy wróciło, byłem już gdzie indziej.

Leżałem na plecach na czymś miękkim i ciepłym, jakby na wielkim, bijącym sercu.

Nad sobą miałem sklepienie z żywych gwiazd.

Rix siedziała na mojej klatce piersiowej, odwrócona tyłem, jej drobna, ostra pupa wciskała się w moje żebra, jej dłonie spoczywały na moich biodrach.

Lir klęczała między moimi nogami, jej długie, czarne włosy opadały na moje uda jak kurtyna.

Nie dotykały mnie jeszcze.

Tylko patrzyły.

– Teraz – powiedziała Lir, a jej głos rozbrzmiał w mojej głowie, w kościach, w krwi – nauczymy cię, co znaczy należeć.

Rix pochyliła się do przodu.

Lir pochyliła się do tyłu

i obie jednocześnie musnęły mnie językiem

w tym samym miejscu

w tym samym momencie.

Świat eksplodował.

Nie było już granic.

Nie było już „ja”.

Było tylko „my”.

Czułem, jak Rix bierze mnie do ust, powoli, głęboko, jej spiczaste uszy drżą, jej gardło zaciska się wokół mnie jak aksamitna pułapka.

Czułem, jak Lir jednocześnie bierze mnie w siebie, w to drugie, wilgotne, gorące miejsce między swoimi nogami, opuszczając się powoli, centymetr po centymetrze. Iej wewnętrzne ścianki , pulsowały, ssały i żyły własnym życiem.

Nie było możliwe, by obie robiły to naraz.

A jednak robiły.

Czułem obie.

Wszędzie.

Jakby moje ciało zostało rozciągnięte na dwie strony jednocześnie.

Jakby czas się zapętlił.

Ich ruchy były idealnie zsynchronizowane.

Gdy Rix brała głębiej, Lir unosiła się.

Gdy Lir opadała, Rix się cofała.

Jak oddech.

Jak przypływ i odpływ.

Ich myśli płynęły do mnie jednocześnie, dwa głosy splatające się w jeden:

jesteś nasz

jesteś dom

jesteś pokarm

jesteś klucz

Gwiazdy nad nami zaczęły spadać.

Jedna po drugiej.

Wpadały do moich ust, do moich oczu, do mojego serca.

Były gorące.

Były zimne.

Były wszystkim.

Kiedy doszedłem, nie było to zwykłe dojście.

To było rozpuszczenie.

Rozlanie się w nich.

Wessanie w ich ciała.

W ich wieczność.

Leżałem potem między nimi, drżący, pusty i pełen jednocześnie.

Rix leżała na mojej piersi, jej rude (teraz znów rude) włosy rozsypane, jej oddech spokojny.

Lir leżała z boku, jej długa noga przerzucona przez moje biodro, jej palce rysujące leniwe kręgi na moim brzuchu.

– Witaj w domu, Andrzeju – powiedziała Lir cicho, naprawdę ustami, po raz pierwszy i pocałowała mnie w pępek, głęboko, długo, jakby chciała tam zostawić pieczęć.

Rix podniosła głowę.

Jej oczy były znów czarne, ale teraz w środku tańczyły małe srebrne gwiazdki.

– A to dopiero początek – szepnęła. – Jest nas więcej.

Gdzieś w oddali, w czerni, usłyszałem cichy śmiech.

Trzeci głos.

Kobiecy.

Głębszy.

Starszy.

I wiedziałem, że jutro

albo za sto lat

albo nigdy

ona też się obudzi.

I też będzie chciała mnie zobaczyć.

2025-12-28

Czarne oczy Rix

11. Ma czyste serce i brudne myśli


Przeszliśmy przez ścianę, która nie była ścianą.

Przez zasłonę z cienia i gwiazd. I znaleźliśmy się w drugiej komnacie. Większej, ciemniejszej, cieplejszej. W środku unosiła się ona– siostra. Nie stała. Nie siedziała. Unosiła się poziomo, kilka stóp nad podłogą, z rękami rozłożonymi na boki, jakby ktoś rozpiął ją na niewidzialnym krzyżu z mgły. Była wyższa od Rix, smuklejsza, jeśli to w ogóle możliwe, jakby wyciągnięta w górę przez jakąś niewidzialną siłę. Jej skóra miała kolor kości słoniowej, ale nie blady, lecz lekko złocisty, jakby pod spodem tliło się światło księżyca. Włosy, długie, proste, czarne jak smoła, unosiły się wokół głowy jak wodorosty w powolnym prądzie. Oczy miała zamknięte. Usta rozchylone. Z kącika warg spływała jedna, pojedyncza kropla srebrnej cieczy, która nigdy nie spadła na dół, tylko wisiała w powietrzu, drżąc.

Nie była naga.

Była owinięta w coś, co przypominało płynne srebro, cienkie, przezroczyste pasma, które oplatały ją spiralnie od kostek aż po szyję. Pasmo przechodziło między piersiami, między nogami, zakrywając dokładnie tyle, ile trzeba, by nie zakrywać niczego.

Rix zatrzymała się tuż obok.

Jej dłoń na mojej ręce zacisnęła się mocniej.

– To Lir – powiedziała bezgłośnie. – Moja starsza. Ta, która śni światy.

Lir otworzyła oczy.

Nie powoli.

Natychmiast.

I spojrzała prosto na mnie.

Jej oczy nie były czarne.

Były białe.

Absolutnie białe, bez tęczówek, bez źrenic, tylko mleczna, lśniąca tafla, w której odbijało się wszystko i nic jednocześnie. Gdy na mnie spojrzała, poczułem, jakby ktoś wlał mi do głowy rozpuszczone srebro, zimne, ciężkie, rozlewające się po mózgu.

– Przyniosłaś go – powiedziała Lir. Głos miała głęboki, jakby dochodził z dna studni. – Całego. Nieuszkodzonego. Jestem pod wrażeniem, mała.

Rix nie odpowiedziała.

Tylko uniosła lekko podbródek, z dumą i wyzwaniem jednocześnie.

Lir opuściła się powoli na mgłę.

Stopy dotknęły czarnej powierzchni bez dźwięku. Srebrne pasma zsunęły się z jej ciała jak woda i rozpłynęły się w powietrzu. Stała przede mną naga, wyższa o głowę, z piersiami większymi niż u Rix, ale wciąż drobnymi, z długimi, ostrymi sutkami koloru starego srebra. Biodra szersze, talia węższa, nogi nieskończenie długie. Między nimi, zamiast ciemnej kępki, gładka, blada skóra i wąska, pionowa linia, która pulsowała delikatnie, jakby oddychała.

Podniosła rękę i dotknęła mojej twarzy.

Prawdziwie.

Palcami.

Dotyk był inny niż Rix, cięższy, wolniejszy, jakby czas się w nim rozciągał. Gdy jej opuszek musnął moje usta, poczułem smak gwiazd, smak metalu, smak zapomnianych snów.

– Ma czyste serce – powiedziała Lir, nie odrywając wzroku od moich oczu. – I brudne myśli. Idealna mieszanka.

Rix podeszła bliżej.

Teraz stały po obu moich stronach.

Dwie.

Jedna ogień pod lodem.

Druga lód pod ogniem.

Lir pochyliła się i pocałowała mnie w szyję, tuż pod uchem.

Jej język był długi, rozwidlony na końcu, i zimny jak stal.

Rix jednocześnie przycisnęła się do mnie z przodu, jej drobne piersi do mojej klatki, jej brzuch do mojego, jej usta znalazły moje i wpiły się w nie mocno, głodnie, jakby chciała wypić duszę.

Poczułem, jak coś się we mnie pęka.

Nie ciało.

Coś głębszego.

2025-12-27

Czarne oczy Rix

10. Absolutnie oddane


Dotknąłem jej biodra – ostrego, kanciastego. Potem płaskiego, wklęsłego brzucha. Skóra była jedwabista i napięta jak bęben. Moje serce waliło jak młot. Każdy nerw w moim ciele krzyczał. Byłem tak wypełniony napięciem, że myślałem, iż pęknę.

Jej druga dłoń uniosła się i delikatnie objęła moją szyję. Nie ściskała. Tylko czuwała. Jej kciuk musnął mój puls, który walił dziko przeciwko jej chłodnej skórze.

– Widzisz, co ze mną robisz? – pomyślała, a jej mentalny głos był ochrypły od jakiejś nieznanej emocji. – Widzisz, jak twoja ludzka słabość… twój głód… napędza mnie? Otwiera mnie?

Jej głowa przechyliła się, a jej usta, te pełne, wiśniowe wargi, rozchyliły się. Jej oddech, pachnący burzą i ambrą, musnął moją twarz. Gwiazdy w jej oczach płonęły teraz intensywniej.

Pociągnęła moją dłoń niżej, prowadząc ją przez to drżące, wilgotne ciepło jej brzucha, w kierunku tego wąskiego, ciemnego trójkąta między jej biodrami. Mój oddech zatrzymał się w piersi. Byłem centymetry od niej. Od samego sedna jej istoty, od tego, co czyniło ją kobietą i nie-kobietą jednocześnie. Czułem żar bijący z tego miejsca. Żar, który obiecywał unicestwienie i ponowne stworzenie.

Jej palce zacisnęły się na moich, zatrzymując je tuż, tuż przed celem. Jej paznokcie wbiły się delikatnie w grzbiet mojej dłoni.

– Nie dotykiem – szepnęła, a jej usta prawie się nie poruszyły. Energią. Pragnieniem. Poddaństwem. To jest prawdziwy język. Język, który rozumiem.

I wtedy to się stało. Nie fizyczny dotyk, ale fala czystej, niefiltrowanej sensacji wypłynęła z niej prosto we mnie. To nie była rozkosz. To było poznanie. Poznanie jej – każdego nerwu, każdego atomu, każdej gwiazdy w jej czarnej otchłani. Poznanie mroku, które nią władały, i światła, które go utrzymywało w ryzach. Poznanie pragnienia, które było starsze niż ludzkość.

Zacharczałem, opadając na kolana przed nią, przytrzymywany tylko przez jej dłoń na mojej szyi i jej palce splecione z moimi. Moim ciałem wstrząsały dreszcze, które nie były ani przyjemne, ani bolesne – były przejmujące.

Ona patrzyła na mnie z góry, jej świetlista, owinięta w nici sylwetka dominowała nad wszystkim. Jej piersi unosiły się szybkim oddechem. W jej oczach – w tych czarnych, gwiaździstych otchłaniach – widziałem swoje odbicie: małe, przerażone, oszołomione, absolutnie oddane.

– Teraz – powiedziała jej myśl, cicha i nieomylna jak wyrok. – Teraz jesteś naprawdę oznaczony. Teraz jesteś częścią domu. Częścią mnie. I nadszedł czas, byś poznał innych.

Jej głowa odwróciła się, spoglądając w głąb świetlistej komnaty, gdzie cienie zdawały się gęstnieć i formować w nowe, czające się kształty.

– Chodź, Andrzeju. Pokażę ci moją siostrę.

Jej słowa zawisły w powietrzu jak dym z kadzidła.

„Pokażę ci moją siostrę.”

Nie było w tym pytania.

Było tylko zaproszenie, które brzmiało jak wyrok.

Mgła pod stopami zafalowała mocniej i popłynęliśmy, nie idąc, lecz unosząc się kilka centymetrów nad czarną powierzchnią. Rix trzymała mnie za rękę, a jej palce były teraz cieplejsze, jakby moje własne ciepło powoli przesiąkało w nią. Świetliste nici odplątywały się od jej ciała i opadały na mnie na ramiona, na klatkę piersiową, na biodra, delikatne jak pajęczyna, ale ciężkie jak łańcuchy. Nie krępowały. Tylko znaczyły. Jak tatuaż, który nigdy nie zejdzie.

Czerwona rybka

52. Pędziłem do met y Jej lewa noga opadła na łóżko, miękko, leniwie, jakby sama nie chciała już dłużej walczyć z grawitacją, jakby chciała ...