14. Na zawsze
Jej palec na mojej skroni poruszył się raz – okrężnie, bardzo powoli – i nagle znalazłem się gdzie indziej.
Nie przeniosłem się.
Zostałem przeniesiony.
Stałem nago na środku ogromnej, okrągłej sali, której ściany były żywym niebem.
Dosłownie.
Chmury sunęły po nich leniwie, burzowe, ciężkie, przetykane błyskawicami, które nie uderzały, tylko pulsowały jak żyły pod skórą świata. Podłoga była przezroczysta – pod nią wirowały gwiazdy, całe galaktyki, powoli, majestatycznie, jakby ktoś rozlał mleko na czarny aksamit. Powietrze pachniało ozonem, deszczem i gorącym miodem.
Matka stała przede mną.
Jej fioletowa skóra lśniła teraz tysiącem odcieni – od głębokiego indygo po bladą lilię. Rogi były dłuższe, zakrzywione do tyłu, a na ich końcach wisiały małe, srebrne dzwoneczki, które nie brzęczały, tylko wydawały cichy, niski ton, który czułem w kościach miednicy.
Rix i Lir były tam również – ale już nie obok mnie.
Unosiły się kilka metrów nad podłogą, nagie, oplecione świetlistymi nićmi, które teraz pulsowały w rytm mojego serca. Ich ciała drgały lekko, jakby ktoś grał na nich niewidzialnymi strunami. Ich oczy – czarne i białe – były utkwione we mnie z czymś, co wyglądało jak zachwyt i zazdrość jednocześnie.
Matka uniosła obie dłonie.
Paznokcie-srebrne sztylety – nie dotknęły mnie.
Zamiast tego rozcięły powietrze.
I z rozcięcia wypłynęła muzyka.
Nie dźwięk.
Muzyka, która miała smak i temperaturę.
Ciepła, gęsta, miedziana.
Zaczęła tańczyć.
Nie krokami.
Całym ciałem.
Jej biodra zataczały powolne, hipnotyczne koła, ramiona unosiły się i opadały jak skrzydła wielkiego ptaka, rogi rzucały cienie, które same tańczyły po podłodze. Każdy jej ruch pozostawiał za sobą smugę fioletowego światła, która wirowała i rozpływała się w powietrzu.
Z każdym obrotem była bliżej.
Gdy znalazła się tuż przy mnie, jej dłoń – tym razem naprawdę – położyła się płasko na moim mostku.
Poczułem, jak moje serce zatrzymuje się na jedno uderzenie… i zaczyna bić w jej rytmie.
Jej drugie ramię oplotło mnie w pasie.
Nie było już „ona” i „ja”.
Było tylko jedno ciało – fioletowo-ludzkie, pulsujące, gorące.
Zaczęła mnie prowadzić.
Nie w tańcu.
W czymś znacznie starszym.
Jej biodra przycisnęły się do moich.
Czułem ją – całą – choć nie było między nami żadnej fizycznej penetracji.
Czułem, jak jej energia wchodzi we mnie, rozlewa się, wypełnia mnie po brzegi.
Czułem, jak jej wewnętrzne światło splata się z moim, jak moje żyły stają się jej żyłami, moje nerwy – jej nerwami.
Rix i Lir opadły niżej.
Teraz klęczały po obu stronach, ich dłonie na moich udach, ich usta na moich biodrach, szyi, piersi.
Ich języki rysowały symbole, których nie znałem, ale które rozumiałem każdym atomem.
Matka nachyliła się do mojego ucha – choć nie miała ust – i usłyszałem:
Jesteś naczyniem.
Jesteś kluczem.
Jesteś moim.
I wtedy zrozumiałem.
Nie była boginią.
Była przestrzenią.
Była głodem.
Była wszystkim, co kiedykolwiek pragnąłem, a czego nie potrafiłem nazwać.
Jej dłoń zsunęła się niżej – po brzuchu, po linii włosów, aż do samego korzenia mojego napięcia.
Nie dotknęła.
Nie musiała.
Po prostu pozwoliła mi wpaść.
I wpadłem.
Cały.
Bez reszty.
Czułem, jak moje ciało rozpuszcza się w jej świetle, jak moje kości stają się gwiazdami, moja krew – mgławicą.
Czułem, jak Rix i Lir piją ze mnie to, co zostaje – resztki oporu, resztki wstydu, resztki człowieczeństwa.
Kiedy doszedłem – jeśli to w ogóle było dojście – nie było wybuchu.
Było wessanie.
Ciche, głębokie, nieskończone.
Zostałem wchłonięty.
I odrodzony.
Gdy otworzyłem oczy, leżałem znów na pulsującej mgle.
Ale już nie byłem sam w sobie.
W mojej piersi biły trzy serca.
W moich żyłach płynęły trzy rodzaje krwi.
W moich oczach tańczyły trzy kolory nocy.
Matka klęczała nade mną.
Teraz mniejsza.
Bliska.
Prawie ludzka.
Dotknęła moich ust dwoma palcami.
I uśmiechnęła się – tym razem naprawdę, ustami, które nagle się pojawiły.
– Witaj w Rodzie, Andrzeju – powiedziała cicho.
– Teraz jesteś naszym bratem.
I naszym kochankiem.
I naczyniem.
Rix przytuliła się do mnie z lewej.
Lir z prawej.
Ich ciała były teraz ciepłe.
Ich oddechy spokojne.
A w oddali, w nowym, dopiero co otwartym fragmencie ciemności, usłyszałem czwarty oddech.
Czwarty głód.
I wiedziałem, że jutro
albo za tysiąc lat
albo nigdy
kolejna siostra się obudzi.
I też będzie chciała mnie.
Całego.
Na zawsze.
KONIEC