2. Żadnej bielizny
Wszedłem do tego miejsca jak we śnie, w którym wiesz, że śnisz, ale nie potrafisz się obudzić.
Bramy otwierały się przede mną same. Ochroniarze odwracali wzrok, jakby mnie tam nie było. Jakby ktoś wymazał mnie z ich świadomości. Albo jakby to oni byli widmami, a ja jedynym żywym.
Przeszedłem przez ogród pełen białych lilii i fontann, które szumiały cicho, jakby bały się głośniej odezwać. Powietrze było ciężkie, gęste od zapachu jaśminu i czegoś jeszcze – czegoś metalicznego, gorącego. Jakby ktoś właśnie wypalił w powietrzu niewidzialne piętno.
A potem drzwi. Ciężkie, dębowe, z mosiężnymi okuciami. Otworzyły się bez dotyku.
I znalazłem się w środku.
Łazienka była ogromna. Nie pomieszczenie – świątynia. Podłoga z czarnego marmuru z żyłami złota. Trójkątna wanna w centrum, głęboka jak basen, z biczami wodnymi, które leniwie pulsowały pod powierzchnią, rozpraszając światło na tysiące drżących błysków. Para unosiła się powoli, jak duchy. Zapach – wanilia, ambra i coś ostrego, jak rozgrzana skóra.
A ona?
Stałem w progu, a ona stała tyłem, tuż przy krawędzi wanny. Czerwona podomka – cienka jak mgła, prawie przezroczysta – opinała jej ciało tak delikatnie, że widziałem każdy oddech. Każdy ruch żeber pod skórą. Była tak chuda, że wydawało się, iż pod tym jedwabiem nie ma ciała, tylko światło i cień.
Odwróciła głowę. Powoli. Bardzo powoli.
I wtedy znowu to spojrzenie. Te czarne, bezdenne oczy. Bez tęczówki. Bez granic. Tylko dwa otwory w wieczność.
Uchyliła usta. Małe, pełne, wilgotne. Jakby właśnie chciała coś powiedzieć… albo jakby właśnie przestała oddychać.
Włosy – płomiennorude, mokre na końcach – rozsunęły się, odsłaniając ucho.
I wtedy zobaczyłem.
To nie było ludzkie ucho.
Było dłuższe. Węższe u góry. Delikatnie spiczaste. Jak u lisa. Jak u istoty, która nie powinna istnieć.
Światło lampy odbijało się od jego krawędzi, rysując cienką, srebrną linię.
Elf.
Skrzat.
Demon.
Nie wiedziałem, co powiedzieć. Nie wiedziałem, czy w ogóle potrafię jeszcze mówić.
Na szyi miała obrożę. Nie zwykłą.
Cienką, czarną, elastyczną taśmę z platyny, poprzetykaną drobnymi perłami w kształcie łez. Leżała na obojczykach jak naszyjnik grzechu. Jak znak własności. Jak ostrzeżenie.
Albo jak obietnica.
Stałem tam, w progu, z sercem walącym tak mocno, że czułem je w gardle.
Chciałem paść na kolana.
Chciałem uciec.
Chciałem ją dotknąć – choć wiedziałem, że jeśli to zrobię, spłonie mi skóra.
Ona nie ruszała się. Tylko patrzyła.
I uśmiechała się – bardzo powoli – samym koniuszkiem ust.
Woda w wannie pulsowała.
Para unosiła się między nami jak zasłona.
Byłem już za daleko.
Za horyzontem zdarzeń.
W jej orbicie.
W jej sidłach.
I wiedziałem, że już nigdy nie wyjdę.
I nie chciałem.
Czas przestał istnieć.
Nie było już sekund, nie było oddechów, nie było bicia serca. Było tylko jedno, nieskończenie długie teraz, rozciągnięte jak struna, która zaraz pęknie.
Odwróciła się do mnie całym ciałem.
Powoli. Tak powoli, że widziałem każdy milimetr ruchu. Czerwony jedwab rozchylił się jak kurtyna w teatrze, w którym gra się ostatnią, zakazaną sztukę. Pod spodem nie było nic. Żadnej bielizny. Tylko ona. Tylko skóra i para.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz