Szukaj na tym blogu

30 grudnia 2025

Czarne oczy Rix

13. Żar z jej oczu nie parzył


4Mgła pod naszymi ciałami była teraz miękka i ciepła, pulsująca ledwie wyczuwalnym rytmem, jak gigantyczne, żywe serce. Leżałem między nimi, oszołomiony, z ciałem wciąż drżącym od pozostałości ekstazy, która nie była tylko moja, lecz nasza. Ich skóra, jedna w kolorze zimnego księżyca, druga w odcieniu rozżarzonych węgli, lśniła w świetle opadających gwiazd.

Rix przetaczała się na bok, aby leżeć twarzą w twarz ze mną. Jej rude włosy, znów zwyczajnie rude, musnęły moje ramię. Jej czarne oczy były teraz miękkie, niemal senne, ale w ich głębi wciąż tlił się ten sam głodny ogień. „Widziałeś?” – szepnęła prosto do mego umysłu, a jej mentalny głos był rozleniwiony i syty. „Widziałeś, co znaczy być w pełni przyjętym?”

Kiwnąłem głową, niezdolny do słowa. Moje uczucia były zbyt wielkie, by zmieścić je w ludzkim języku.

Lir, po mojej drugiej stronie, uniosła się na łokciu. Jej długie, czarne włosy spłynęły jak jedwabna zasłona, odcinając nas na moment od reszty komnaty. Jej mlecznobiałe oczy badały mnie z ciekawością kolekcjonera oglądającego nowy, fascynujący nabytek.

– Jesteś bardziej wytrzymały, niż sądziłam – powiedziała głosem, który brzmiał jak szelest starożytnego welinu. – Wiele z nich pękało przy pierwszym dotyku prawdziwego światła. A ty… ty je wchłonąłeś.

Jej dłoń, smukła i niezwykle długa, uniosła się i opadła na moją klatkę piersiową, tuż nad sercem. Jej dotyk był cięższy, bardziej namacalny niż dotyk Rix. Czułem pod swoją skórą jej opuszki.

– Słychać je w tobie – dodała, a jej wzrok stracił ostrość, jakby nasłuchiwała. – Echa. Odgłosy ich życia, ich strachu, ich rozkoszy. To… intensywne.

Rix wydała z siebie cichy, gardłowy dźwięk, który brzmiał jak pomruk zadowolonego kota. „Zbieram tylko najlepsze okazy.”

Lir uśmiechnęła się, a jej usta, w koloru ciemnego srebra, rozciągnęły się w czymś, co nie było do końca ludzkie. „Chciwa jesteś, mała. Zawsze byłaś.” Jej myśl była skierowana do siostry, ale ja ją usłyszałem, jak echo w wielkiej hali.

I wtedy coś się zmieniło. Atmosfera, która chwilę temu była miękka i satysfakcjonująca, znów nabrała ładunku. Czułem to na języku – posmak stali i ozonu. Światło w komnacie zafalowało, a cienie za plecami Lir poruszyły się, stając się gęstsze, bardziej wyraziste.

Rix również to poczuła. Jej rozluźnione ciało natychmiast się naprężyło. Szybko usiadła, wpatrując się w ciemność za swoją siostrą. Opuszkami palców, nagle sztywnymi, dotknęła mojego biodra, jakby chcąc mnie przytrzymać, zaznaczyć, lub… chronić.

„Ona tu jest” – pomyślała Rix, a jej mentalny głos był cienki i ostry jak brzytwa.

Lir nie odwróciła głowy. Jej mleczne oczy wciąż były utkwione we mnie, ale teraz widziałem w nich nie ciekawość, lecz ocenę.

– Zawsze jest – powiedziała głośno, a jej głos był niczym zimny dzwon. – Zawsze obserwuje. Ciekawa jest pierwszego smaku.

Z moich płuc uciekło powietrze. „Pierwszego smaku?” – pomyślałem, a mój umysł, ogłuszony i przeciążony, zareagował czystym, zwierzęcym strachem. To nie był strach przed bólem. To był strach przed byciem zjedzonym. Wchłoniętym tak doszczętnie, że nie zostałby po mnie nawet cień.

Rix pochyliła się nade mną, a jej rude włosy stworzyły namiot, odcinający mnie od widoku Lir. Jej twarz była poważna, jej czarne oczy wpiły się we mnie z nieznaną mi dotąd intensywnością.

– „Nie bój się” – nakazała mentalnie, a w jej „głosie” nie było miejsca na sprzeciw. „Strach jest słony. A ona woli słodycz. Pokaż jej to, co pokazałeś nam. Twoją pustkę. Twoją gotowość. To jest klucz.”

Jej dłonie, małe i gorące, chwyciły moją twarz. Jej kciuki przycisnęły się do moich skroni. I nagle, nie przez dotyk, ale przez ten bezpośredni, mentalny styk, przekazała mi to, czego ode mnie chciała. Obraz mojego własnego poddania. Mojej zgody. Mojej głębokiej, niepodważalnej chęci, by należeć. By być użytym.

Żar z jej oczu nie parzył.

Wnikał.

Jakby ktoś wlał w moje żyły płynne światło.

Czułem, jak każda komórka mojego ciała otwiera się na oścież, jak kwiat w południe. Nie było już wstydu, nie było granic, nie było „ja”. Było tylko „ona” i to, co ze mną robiła.

Matka nie mówiła.

Nie musiała.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Przeczytaj

Zapach rozkoszy

14. Błagając o więcej A później gwałtownie wyszedł z jej ust – wysunął się powoli, lecz zdecydowanie, zostawiając w niej pustkę gorącą i nat...