Szukaj na tym blogu

28 grudnia 2025

Czarne oczy Rix

11. Ma czyste serce i brudne myśli


Przeszliśmy przez ścianę, która nie była ścianą.

Przez zasłonę z cienia i gwiazd. I znaleźliśmy się w drugiej komnacie. Większej, ciemniejszej, cieplejszej. W środku unosiła się ona– siostra. Nie stała. Nie siedziała. Unosiła się poziomo, kilka stóp nad podłogą, z rękami rozłożonymi na boki, jakby ktoś rozpiął ją na niewidzialnym krzyżu z mgły. Była wyższa od Rix, smuklejsza, jeśli to w ogóle możliwe, jakby wyciągnięta w górę przez jakąś niewidzialną siłę. Jej skóra miała kolor kości słoniowej, ale nie blady, lecz lekko złocisty, jakby pod spodem tliło się światło księżyca. Włosy, długie, proste, czarne jak smoła, unosiły się wokół głowy jak wodorosty w powolnym prądzie. Oczy miała zamknięte. Usta rozchylone. Z kącika warg spływała jedna, pojedyncza kropla srebrnej cieczy, która nigdy nie spadła na dół, tylko wisiała w powietrzu, drżąc.

Nie była naga.

Była owinięta w coś, co przypominało płynne srebro, cienkie, przezroczyste pasma, które oplatały ją spiralnie od kostek aż po szyję. Pasmo przechodziło między piersiami, między nogami, zakrywając dokładnie tyle, ile trzeba, by nie zakrywać niczego.

Rix zatrzymała się tuż obok.

Jej dłoń na mojej ręce zacisnęła się mocniej.

– To Lir – powiedziała bezgłośnie. – Moja starsza. Ta, która śni światy.

Lir otworzyła oczy.

Nie powoli.

Natychmiast.

I spojrzała prosto na mnie.

Jej oczy nie były czarne.

Były białe.

Absolutnie białe, bez tęczówek, bez źrenic, tylko mleczna, lśniąca tafla, w której odbijało się wszystko i nic jednocześnie. Gdy na mnie spojrzała, poczułem, jakby ktoś wlał mi do głowy rozpuszczone srebro, zimne, ciężkie, rozlewające się po mózgu.

– Przyniosłaś go – powiedziała Lir. Głos miała głęboki, jakby dochodził z dna studni. – Całego. Nieuszkodzonego. Jestem pod wrażeniem, mała.

Rix nie odpowiedziała.

Tylko uniosła lekko podbródek, z dumą i wyzwaniem jednocześnie.

Lir opuściła się powoli na mgłę.

Stopy dotknęły czarnej powierzchni bez dźwięku. Srebrne pasma zsunęły się z jej ciała jak woda i rozpłynęły się w powietrzu. Stała przede mną naga, wyższa o głowę, z piersiami większymi niż u Rix, ale wciąż drobnymi, z długimi, ostrymi sutkami koloru starego srebra. Biodra szersze, talia węższa, nogi nieskończenie długie. Między nimi, zamiast ciemnej kępki, gładka, blada skóra i wąska, pionowa linia, która pulsowała delikatnie, jakby oddychała.

Podniosła rękę i dotknęła mojej twarzy.

Prawdziwie.

Palcami.

Dotyk był inny niż Rix, cięższy, wolniejszy, jakby czas się w nim rozciągał. Gdy jej opuszek musnął moje usta, poczułem smak gwiazd, smak metalu, smak zapomnianych snów.

– Ma czyste serce – powiedziała Lir, nie odrywając wzroku od moich oczu. – I brudne myśli. Idealna mieszanka.

Rix podeszła bliżej.

Teraz stały po obu moich stronach.

Dwie.

Jedna ogień pod lodem.

Druga lód pod ogniem.

Lir pochyliła się i pocałowała mnie w szyję, tuż pod uchem.

Jej język był długi, rozwidlony na końcu, i zimny jak stal.

Rix jednocześnie przycisnęła się do mnie z przodu, jej drobne piersi do mojej klatki, jej brzuch do mojego, jej usta znalazły moje i wpiły się w nie mocno, głodnie, jakby chciała wypić duszę.

Poczułem, jak coś się we mnie pęka.

Nie ciało.

Coś głębszego.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Przeczytaj

Zapach rozkoszy

14. Błagając o więcej A później gwałtownie wyszedł z jej ust – wysunął się powoli, lecz zdecydowanie, zostawiając w niej pustkę gorącą i nat...