15. Spienione pożądanie
Widziała to. Zawsze widziała. Jej falowanie zwolniło jeszcze bardziej, stając się niemal niedostrzegalnym, ledwie wyczuwalnym pulsowaniem. To nie była kapitulacja. To było przeciąganie, budowanie. To było dawanie mi czasu, bym zebrał siły, bym opanował tę burzę, którą sama we mnie wywołała.
– Spokojnie… – szepnęła, a jej usta ułożyły się w ten rozbrajający, niewinny uśmiech, który w tej chwili był największą z pokus. Jej dłoń teraz nie dotykała już naszego połączenia, a spoczęła na moim brzuchu, czując twarde, naprężone mięśnie pod spoconą skórą. – Mamy cały dzień… Mamy cały świat…
Jej słowa wisiały między nami, słodkie i kuszące. Jej oczy połyskiwały w półmroku pokoju, obserwując, jak walczy z samym sobą, jak moje źrenice rozszerzają się i wciągają, jak szczęka zaciska się w niemym wysiłku. Była boginią, która trzymała mnie na najcieńszej z nici, i wiedziała o tym. I kochała to.
Powoli, z niezmąconym spokojem, znów zaczęła przyspieszać. Tym razem jej ruchy były inne. Nie było to już kołysanie, ale unoszenie się i opadanie. Niewysokie, kontrolowane, precyzyjne ruchy, które za każdym razem pozwalały mi niemal w całości opuścić jej gorące objęcia, by zaraz, w momencie, gdy już sądziłem, że oszaleję z tęsknoty, przyjąć mnie z powrotem, głęboko, do samego końca.
Jęk, który wydałem przy kolejnym opadnięciu, był pełen niemal bolesnej ulgi. Moje dłonie zsunęły się z jej talii na jej nagie, wąskie pośladki. Chwyciłem je, nie mdło, ale z potrzebą, z desperacją, pomagając jej w tym rytmie, wyznaczając go razem z nią. Moje palce zagłębiły się w jej miękkie, ale mocne ciało.
– Edytko… – jeknąłem, a jej imię było modlitwą i przekleństwem. Moja głowa opadła do tyłu, opierając się o starą tapicerkę krzesła. Zamknąłem oczy, tracąc kontrolę, pchany przez falę, która stawała się z każdym jej ruchem silniejsza, nieubłagana.
I wtedy ona pochyliła się nade mną całym ciężarem, jej piersi przywarły do mojej klatki piersiowej, jej usta znalazły się tuż przy moich ustach. Jej oddech mieszał się z moim, gorący i szybki.
– Nie… – szepnęła, a jej głos był słodki i stanowczy. – Patrz na mnie. Chcę to widzieć. Chcę widzieć twoje oczy.
Jej słowa przebiły się przez mgłę mojej ekstazy, jasne i rozkazujące.
Patrz na mnie. Moje powieki, ciężkie i oporne, uniosły się z ogromnym wysiłkiem. Spotkałem jej wzrok. Te ciemne, głębokie jeziora, które teraz zdawały się pochłaniać nie tylko mnie, ale i całe światło ty tego pomieszczenia. Widziałem w nich odbicie własnego uniesienia, własnej, absolutnej zguby.
I w tej właśnie chwili, utkwiony w jej spojrzeniu, poczułem, jak całe napięcie, które we mnie narastało przez te wszystkie nieskończone minuty, eksploduje z druzgocącą siłą. Moje ciało zesztywniało w jej ramionach, plecy wygięły się w łuk, oderwawszy się od oparcia krzesła. Z gardła wydarł się głęboki, chrapliwy jęk, który był jednocześnie wyzwoleniem i kapitulacją.
Świat zawirował, kolory i dźwięki zmieszały się w bezkształtną, gorącą masę. Czułem tylko ją. Jej wzrok, który mnie trzymał. Jej ciało, które pulsowało wokół mnie w szybkim, konwulsyjnym rytmie, wyciskając każdą kroplę rozkoszy. To nie było po prostu doznanie fizyczne. To było przekazanie. Jakby wraz z tym spienionym pożądaniem uchodziła ze mnie energia, witalność, całe jestestwo, by stać się jej wyłącznym posiadaniem. Była bramą, przez którą przelałem całą swoją esencję.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz