3. Wilgotne płatki
Wilgoć lśniła na niej jak druga, przezroczysta warstwa ciała. Drobne krople spływały powoli wzdłuż obojczyków, zatrzymywały się na moment na perłowej obroży, potem sunęły dalej – między żebra, które rysowały się pod skórą jak delikatne łuki gotyckiej katedry. Mogłem policzyć każde z nich. Jedno. Dwa. Trzy… Wszystkie idealnie widoczne, jakby ktoś wyciął je z alabastru i zostawił tylko cienką, mleczną powłokę.
Piersi… prawie ich nie było. Dwa niewielkie wybrzuszenia, niemal chłopięce, z różowymi sutkami tak małymi i bladymi, że wyglądały jak dwa płatki róży przyklejone do śniegu. Gdy odetchnęła – płytko, ostrożnie – poruszyły się prawie niedostrzegalnie, jakby bały się własnej śmiałości.
Brzuch płaski jak deska, wklęsły, z delikatną linią pionową biegnącą od mostka aż do… niżej. Tam, gdzie zaczynał się łagodny, trójkątny cień między biodrami – tak wąski, że wydawało się niemożliwy.
A ona patrzyła.
Głowa lekko pochylona, podbródek opuszczony, rude włosy opadające na jedną stronę jak ciężka, płomienna zasłona. Oczy – te bezdenne, czarne studnie – wpatrzone we mnie od dołu, jakby była niższa o głowę, choć dzieliło nas tylko kilka kroków. Jakby klęczała, choć stała prosto.
I wtedy pojawiły się rumieńce.
Najpierw na policzkach – dwa niewielkie, intensywne punkty koloru krwi rozlanej na śniegu. Potem rozlały się niżej, na szyję, na obojczyki, na mostek. Jakby ktoś wlał pod skórę gorące wino. Jakby wstyd i żądza walczyły w niej jednocześnie – i obie wygrywały.
Stałem sparaliżowany.
Nie mogłem ruszyć się nawet o centymetr.
Czułem, jak wysysa ze mnie powietrze, krew, myśli. Jakby jej spojrzenie było słomką wbita prosto w serce.
Boże – pomyślałem – umieram.
I wiedziałem, że to prawda.
Że właśnie przekraczam granicę, zza której nie wraca się takim samym.
Że jeśli teraz zrobi choć jeden krok w moją stronę, padnę na kolana.
Że jeśli dotknie mnie choćby koniuszkiem palca, rozpadnę się w proch.
Że jeśli się uśmiechnie – naprawdę, całym tym małym, drapieżnym uśmiechem – będę jej na zawsze.
I chciałem tego.
Całym sobą.
Do bólu.
Do utraty tchu.
Chciałem umrzeć w niej.
Albo dopiero w niej zacząć żyć.
Jej oczy nie mrugały.
Dwie czarne, bezdenne studnie, w których odbijałem się cały – mały, bezbronny, już rozbrojony.
I wtedy usłyszałem.
Nie uszami. Gdzieś w środku, w samym środku duszy, jakby ktoś wypowiedział moje imię prosto w serce.
– No dobrze, Andrzeju… skoro już tu jesteś… to zaczynamy.
Głos był cichy, aksamitny, jakby szeptała mi prosto do mózgu.
Nie drgnęła wargami. Nie musiała.
Nie byłem gotowy.
Nigdy nie będę.
Ale kiwnąłem głową – sam nie wiem kiedy.
Weszła do wanny jednym płynnym ruchem, jakby woda sama rozstąpiła się przed nią z szacunkiem. Czerwona podomka zsunęła się z ramion i zawisła na krawędzi jak porzucona skóra węża. Stała naga, w pełni światła, w pełni pary, w pełni mnie.
Jedna stopa w wodzie – drobna, blada, z długimi palcami jak u dziecka.
Druga noga uniesiona wysoko, zgięta w kolanie, pięta oparta o szeroki, biały rant jacuzzi. Biodro odchylone, linia ciała napięta jak struna łuku.
I wtedy zobaczyłem wszystko.
Różowe, delikatne, prawie dziecięce – dwa wilgotne płatki, lśniące od pary i wody, rozchylone lekko, jakby oddychały razem z nią. Wąskie, ciasne, niemożliwie czyste. Jakby nikt nigdy ich nie dotknął. Jakby czekały tylko na mnie. Tylko na ten moment.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz