Szukaj na tym blogu

20 grudnia 2025

Czarne oczy Rix

3. Wilgotne płatki


Wilgoć lśniła na niej jak druga, przezroczysta warstwa ciała. Drobne krople spływały powoli wzdłuż obojczyków, zatrzymywały się na moment na perłowej obroży, potem sunęły dalej – między żebra, które rysowały się pod skórą jak delikatne łuki gotyckiej katedry. Mogłem policzyć każde z nich. Jedno. Dwa. Trzy… Wszystkie idealnie widoczne, jakby ktoś wyciął je z alabastru i zostawił tylko cienką, mleczną powłokę.

Piersi… prawie ich nie było. Dwa niewielkie wybrzuszenia, niemal chłopięce, z różowymi sutkami tak małymi i bladymi, że wyglądały jak dwa płatki róży przyklejone do śniegu. Gdy odetchnęła – płytko, ostrożnie – poruszyły się prawie niedostrzegalnie, jakby bały się własnej śmiałości.

Brzuch płaski jak deska, wklęsły, z delikatną linią pionową biegnącą od mostka aż do… niżej. Tam, gdzie zaczynał się łagodny, trójkątny cień między biodrami – tak wąski, że wydawało się niemożliwy.

A ona patrzyła.

Głowa lekko pochylona, podbródek opuszczony, rude włosy opadające na jedną stronę jak ciężka, płomienna zasłona. Oczy – te bezdenne, czarne studnie – wpatrzone we mnie od dołu, jakby była niższa o głowę, choć dzieliło nas tylko kilka kroków. Jakby klęczała, choć stała prosto.

I wtedy pojawiły się rumieńce.

Najpierw na policzkach – dwa niewielkie, intensywne punkty koloru krwi rozlanej na śniegu. Potem rozlały się niżej, na szyję, na obojczyki, na mostek. Jakby ktoś wlał pod skórę gorące wino. Jakby wstyd i żądza walczyły w niej jednocześnie – i obie wygrywały.

Stałem sparaliżowany.

Nie mogłem ruszyć się nawet o centymetr.

Czułem, jak wysysa ze mnie powietrze, krew, myśli. Jakby jej spojrzenie było słomką wbita prosto w serce.

Boże – pomyślałem – umieram.

I wiedziałem, że to prawda.

Że właśnie przekraczam granicę, zza której nie wraca się takim samym.

Że jeśli teraz zrobi choć jeden krok w moją stronę, padnę na kolana.

Że jeśli dotknie mnie choćby koniuszkiem palca, rozpadnę się w proch.

Że jeśli się uśmiechnie – naprawdę, całym tym małym, drapieżnym uśmiechem – będę jej na zawsze.

I chciałem tego.

Całym sobą.

Do bólu.

Do utraty tchu.

Chciałem umrzeć w niej.

Albo dopiero w niej zacząć żyć.

Jej oczy nie mrugały.

Dwie czarne, bezdenne studnie, w których odbijałem się cały – mały, bezbronny, już rozbrojony.

I wtedy usłyszałem.

Nie uszami. Gdzieś w środku, w samym środku duszy, jakby ktoś wypowiedział moje imię prosto w serce.

– No dobrze, Andrzeju… skoro już tu jesteś… to zaczynamy.

Głos był cichy, aksamitny, jakby szeptała mi prosto do mózgu.

Nie drgnęła wargami. Nie musiała.

Nie byłem gotowy.

Nigdy nie będę.

Ale kiwnąłem głową – sam nie wiem kiedy.

Weszła do wanny jednym płynnym ruchem, jakby woda sama rozstąpiła się przed nią z szacunkiem. Czerwona podomka zsunęła się z ramion i zawisła na krawędzi jak porzucona skóra węża. Stała naga, w pełni światła, w pełni pary, w pełni mnie.

Jedna stopa w wodzie – drobna, blada, z długimi palcami jak u dziecka.

Druga noga uniesiona wysoko, zgięta w kolanie, pięta oparta o szeroki, biały rant jacuzzi. Biodro odchylone, linia ciała napięta jak struna łuku.

I wtedy zobaczyłem wszystko.

Różowe, delikatne, prawie dziecięce – dwa wilgotne płatki, lśniące od pary i wody, rozchylone lekko, jakby oddychały razem z nią. Wąskie, ciasne, niemożliwie czyste. Jakby nikt nigdy ich nie dotknął. Jakby czekały tylko na mnie. Tylko na ten moment.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Przeczytaj

Zapach rozkoszy

14. Błagając o więcej A później gwałtownie wyszedł z jej ust – wysunął się powoli, lecz zdecydowanie, zostawiając w niej pustkę gorącą i nat...