10. Absolutnie oddane
Dotknąłem jej biodra – ostrego, kanciastego. Potem płaskiego, wklęsłego brzucha. Skóra była jedwabista i napięta jak bęben. Moje serce waliło jak młot. Każdy nerw w moim ciele krzyczał. Byłem tak wypełniony napięciem, że myślałem, iż pęknę.
Jej druga dłoń uniosła się i delikatnie objęła moją szyję. Nie ściskała. Tylko czuwała. Jej kciuk musnął mój puls, który walił dziko przeciwko jej chłodnej skórze.
– Widzisz, co ze mną robisz? – pomyślała, a jej mentalny głos był ochrypły od jakiejś nieznanej emocji. – Widzisz, jak twoja ludzka słabość… twój głód… napędza mnie? Otwiera mnie?
Jej głowa przechyliła się, a jej usta, te pełne, wiśniowe wargi, rozchyliły się. Jej oddech, pachnący burzą i ambrą, musnął moją twarz. Gwiazdy w jej oczach płonęły teraz intensywniej.
Pociągnęła moją dłoń niżej, prowadząc ją przez to drżące, wilgotne ciepło jej brzucha, w kierunku tego wąskiego, ciemnego trójkąta między jej biodrami. Mój oddech zatrzymał się w piersi. Byłem centymetry od niej. Od samego sedna jej istoty, od tego, co czyniło ją kobietą i nie-kobietą jednocześnie. Czułem żar bijący z tego miejsca. Żar, który obiecywał unicestwienie i ponowne stworzenie.
Jej palce zacisnęły się na moich, zatrzymując je tuż, tuż przed celem. Jej paznokcie wbiły się delikatnie w grzbiet mojej dłoni.
– Nie dotykiem – szepnęła, a jej usta prawie się nie poruszyły. Energią. Pragnieniem. Poddaństwem. To jest prawdziwy język. Język, który rozumiem.
I wtedy to się stało. Nie fizyczny dotyk, ale fala czystej, niefiltrowanej sensacji wypłynęła z niej prosto we mnie. To nie była rozkosz. To było poznanie. Poznanie jej – każdego nerwu, każdego atomu, każdej gwiazdy w jej czarnej otchłani. Poznanie mroku, które nią władały, i światła, które go utrzymywało w ryzach. Poznanie pragnienia, które było starsze niż ludzkość.
Zacharczałem, opadając na kolana przed nią, przytrzymywany tylko przez jej dłoń na mojej szyi i jej palce splecione z moimi. Moim ciałem wstrząsały dreszcze, które nie były ani przyjemne, ani bolesne – były przejmujące.
Ona patrzyła na mnie z góry, jej świetlista, owinięta w nici sylwetka dominowała nad wszystkim. Jej piersi unosiły się szybkim oddechem. W jej oczach – w tych czarnych, gwiaździstych otchłaniach – widziałem swoje odbicie: małe, przerażone, oszołomione, absolutnie oddane.
– Teraz – powiedziała jej myśl, cicha i nieomylna jak wyrok. – Teraz jesteś naprawdę oznaczony. Teraz jesteś częścią domu. Częścią mnie. I nadszedł czas, byś poznał innych.
Jej głowa odwróciła się, spoglądając w głąb świetlistej komnaty, gdzie cienie zdawały się gęstnieć i formować w nowe, czające się kształty.
– Chodź, Andrzeju. Pokażę ci moją siostrę.
Jej słowa zawisły w powietrzu jak dym z kadzidła.
„Pokażę ci moją siostrę.”
Nie było w tym pytania.
Było tylko zaproszenie, które brzmiało jak wyrok.
Mgła pod stopami zafalowała mocniej i popłynęliśmy, nie idąc, lecz unosząc się kilka centymetrów nad czarną powierzchnią. Rix trzymała mnie za rękę, a jej palce były teraz cieplejsze, jakby moje własne ciepło powoli przesiąkało w nią. Świetliste nici odplątywały się od jej ciała i opadały na mnie na ramiona, na klatkę piersiową, na biodra, delikatne jak pajęczyna, ale ciężkie jak łańcuchy. Nie krępowały. Tylko znaczyły. Jak tatuaż, który nigdy nie zejdzie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz