Szukaj na tym blogu

6 grudnia 2025

Tylko dla twoich oczu

8. Pokaż, gdzie


Jej ręka wsunęła się między nas i złapała mojego twardego jak skała penisa. Gorąca, pewna. W głowie mi się zakręciło. Kciuk przejechał po czubku, zebrał nową kroplę białego nasienia i rozsmarował ją powoli.

– Pragniesz mnie tak samo – wychrypiała, głos niski, chropowaty. Spojrzała w dół, tam, gdzie mój pulsujący ptak dotykał jej mokrej, drżącej skóry. Jeszcze centymetr i… Czułem jej gorąco na samym czubku. Raj tuż-tuż.

Uniosła biodra, przyciągając mnie bliżej. Oczy szeroko otwarte, wbite we mnie – zero gry, tylko czysta potrzeba i zaufanie, aż do kości.

– Mariusz… – szepnęła, oddech splótł się z moim. – Teraz. Proszę…

Cały świat się zakręcił. Głowa, ciało, wszystko – tylko jedno: wejść w nią, zanurzyć się w tym gorącu i nigdy nie wypłynąć. Pochyliłem się, żeby wypełnić tę przepaść między nami, żeby być jednym. Oczy w oczy, jej usta otwarte w cichym, głodnym krzyku.

– Edyta… – jej imię na moich ustach jak modlitwa i przysięga.

I w tej chwili, kiedy wszystko skupiło się na tym jednym, gorącym punkcie między jej udami, kiedy czułem już ten pierwszy, palący uścisk…

Świat zmalał do tego miejsca, gdzie mieliśmy się połączyć. Jej gorący oddech na moich ustach, wilgoć muskająca czubek kutasa. Jeszcze jeden drżący oddech, jedno uniesienie bioder – i spełnienie.

W oczach – tylko potrzeba, czysta, bez gier.

I wtedy… zatrzymałem się.

Nie cofnąłem się. Tylko… zamarłem. Ciało napięte jak stal, krzyczało: weź ją, teraz. Ale coś głębiej kazało mi zwolnić. Rozciągnąć tę chwilę w wieczność. Chciałem jej tak, że bolało, ale chciałem też każdej sekundy przed tym.

– Mariusz? – szepnęła, ledwie słychać, z szumem liści. Brwi uniosły się, zaniepokojone. – Wszystko gra?

Przetarłem kciukiem jej policzek – skóra jak aksamit, gorąca. Oczy jak dwa głębokie jeziora, gotowe mnie wciągnąć.

– Wszystko gra – wychrypiałem, głos nie mój. – Jest tak idealnie, że… boję się ruszyć. Boję, że to pęknie.

Uśmiechnęła się – usta mokre, trochę spuchnięte od całowania, rozchyliły się w cichym westchnieniu. Dłoń, która jeszcze trzymała mojego twardego fiuta, poluzowała uścisk. Palce przejechały po całej długości – od dołu aż po czubek – jakby pocieszały i poganiały naraz.

– Nic nie pęknie – szepnęła, biorąc moją rękę z biodra i prowadząc niżej. – Czujesz? To prawda. Ja jestem prawdziwa. I chcę.

Moje palce, prowadzone przez nią, trafiły na ten gorący, mokry aksamit. Była podniecona, a każdy lekki ruch sprawiał, że drżała od stóp do głów. Czułem się jak jakiś pieprzony odkrywca na krawędzi nowego świata – oszołomiony, jak cholera.

Pochyliłem się, usta do jej szyi, tam gdzie puls walił jak szalony. Język rysował mokre ścieżki, zęby lekko gryzły – słyszałem, jak oddech jej się rwie, jak cicho jęczy.

– Proszę… – wychrypiała, biodra uniosły się, szukając mojej ręki.

Ale ja jeszcze zwlekałem. Dłoń sunęła po wewnętrznej stronie uda, czułem te drżące mięśnie, omijałem to miejsce. Chciałem, żeby oszalała. Żeby całe ciało błagało o dotyk, tak jak moje błagało o nią.

– Mariusz… – w głosie desperacja, ciche, błagalne.

Uniosłem wzrok – jej twarz cała w ogniu, usta otwarte, policzki czerwone jak mak. Żądza w czystej postaci, kobiecość, która miała mnie połknąć.

– Pokaż – wychrypiałem, głos mi się rwał. – Pokaż, gdzie dokładnie chcesz, żebym cię dotknął.

Jej oczy błysnęły – zaskoczenie i podniecenie w jednym. Chwyciła mój nadgarstek, pewnie, bez wstydu, i poprowadziła palce dokładnie tam, gdzie było najgoręcej, najwilgotniej. Żadnych delikatności. Prosto w punkt.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Przeczytaj

Zapach rozkoszy

14. Błagając o więcej A później gwałtownie wyszedł z jej ust – wysunął się powoli, lecz zdecydowanie, zostawiając w niej pustkę gorącą i nat...