Szukaj na tym blogu

21 grudnia 2025

Czarne oczy Rix

4. Patrzysz i nie uciekasz – dobrze


Jedna dłoń spoczywała na marmurowej ścianie, palce rozcapierzone, paznokcie krótkie, bladoniebieskie.

Druga dłoń – powoli, bardzo powoli – powędrowała na udo uniesionej nogi. Palec wskazujący musnął skórę od wewnątrz, tuż nad kolanem, i zatrzymał się centymetr od tego miejsca.

Nie dotykała siebie.

Tylko pokazywała.

Zapraszała wzrokiem.

Rozpalała.

Moje ciało odpowiedziało zanim zdążyłem pomyśleć.

Krew uderzyła tak mocno, że usłyszałem własny puls w uszach – ciężki, głuchy, pierwotny. Spodnie stały się nagle za ciasne, bolesne. Czułem, jak naprężam się do granic, jak każdy mięsień drży z pragnienia, by paść przed nią na kolana i błagać.

Nie ruszyłem się jednak.

Nie mogłem.

Ona trzymała mnie samym spojrzeniem, jak pajęczyca nicią.

Woda w jacuzzi zaczęła bulgotać głośniej – bąbelki podchodziły pod jej łydkę, muskały udo, rozbijały się o tę najwrażliwszą, najskrytszą część.

Para unosiła się między nami jak zasłona z mgły i dymu.

– Andrzeju… – znów ten głos w mojej głowie, ciepły jak miód i ostry jak szkło.

– …podejdź.

I wiedziałem, że podejdę.

Że już jestem jej.

Całkowicie.

Bez reszty.

Bez prawa do odwrotu.

Byłem jej własnością, jeszcze zanim dotknąłem jej skóry.

Opadłem na kolana.

Nie było w tym decyzji.

Było tylko prawo grawitacji, które nagle zmieniło kierunek: nie w dół, lecz ku niej.

Kolana uderzyły o chłodny marmur z głuchym, niemal kościelnym dźwiękiem.

Głowa sama się skłoniła, jakby ktoś pociągnął mnie za niewidzialną smycz.

Spojrzałem w górę, i wtedy naprawdę ją zobaczyłem.

Stała prosto, niemal sztywno, jakby ktoś właśnie postawił przed tobą żywą rzeźbę z kości słoniowej i ognia.

Nogi złączone, stopy równoległe, palce u stóp lekko zaciśnięte – jak baletnica w piątej pozycji, tylko że bez pointów, bez wysiłku.

Lewa ręka uniesiona, łokieć zgięty pod kątem prostym, dłoń położona płasko na tyle głowy – nie salutowała, nie kokietowała. Po prostu trzymała własną czaszkę, jakby sprawdzała, czy wciąż jest na swoim miejscu.

Czerwona podomka zsunęła się z prawego ramienia i zawisła na lewym, odsłaniając całe ciało – jedno ramię nagie, drugie jeszcze częściowo zakryte. Kontrast był nie do zniesienia.

Piersi – małe, wysokie, sterczące, z różowymi sutkami twardymi jak dwa ziarenka granatu.

Brzuch – płaski, napięty tak mocno, że skóra lśniła.

A pępek…

Boże, ten pępek.

Pionowa, głęboka elipsa, jakby ktoś wbił w nią palec i zostawił ślad na zawsze. Ciemny, wilgotny, przyciągający wzrok bardziej niż wszystko inne. Chciałem tam przyłożyć usta. Chciałem tam złożyć język. Chciałem tam zniknąć.

Niżej – między złączonymi udami – wąska, ciemna kreska.

Nie ruda.

Ciemna. Prawie czarna, krótko przystrzyżona kępka, starannie wygolona w idealny trójkąt, jakby ktoś narysował strzałkę: „tutaj”.

Czysta, dziecięca, a jednocześnie tak dorosła, że bolało patrzeć.

I ten uśmiech.

Nie szeroki. Nie wesoły.

Delikatny, ostry, jakby ktoś przeciął jej twarz niewidzialnym nożem i zostawił tylko tę jedną, doskonałą linię.

Kąciki ust uniesione o milimetr. Wargi wilgotne, ciemnoróżowe, lekko rozchylone – widać było koniuszek języka, który musnął dolną wargę i zaraz schował się z powrotem.

W jej oczach – tych absolutnie czarnych – zapaliło się coś nowego.

Nie nadzieja.

Nie litość.

Raczej ciekawość.

Jak u kota, który właśnie odkrył, że myszka potrafi klęczeć.

– Patrzysz… – usłyszałem w głowie, miękko, leniwie.

– Patrzysz i nie uciekasz.

Dobrze.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Przeczytaj

Zapach rozkoszy

14. Błagając o więcej A później gwałtownie wyszedł z jej ust – wysunął się powoli, lecz zdecydowanie, zostawiając w niej pustkę gorącą i nat...