4. Patrzysz i nie uciekasz – dobrze
Jedna dłoń spoczywała na marmurowej ścianie, palce rozcapierzone, paznokcie krótkie, bladoniebieskie.
Druga dłoń – powoli, bardzo powoli – powędrowała na udo uniesionej nogi. Palec wskazujący musnął skórę od wewnątrz, tuż nad kolanem, i zatrzymał się centymetr od tego miejsca.
Nie dotykała siebie.
Tylko pokazywała.
Zapraszała wzrokiem.
Rozpalała.
Moje ciało odpowiedziało zanim zdążyłem pomyśleć.
Krew uderzyła tak mocno, że usłyszałem własny puls w uszach – ciężki, głuchy, pierwotny. Spodnie stały się nagle za ciasne, bolesne. Czułem, jak naprężam się do granic, jak każdy mięsień drży z pragnienia, by paść przed nią na kolana i błagać.
Nie ruszyłem się jednak.
Nie mogłem.
Ona trzymała mnie samym spojrzeniem, jak pajęczyca nicią.
Woda w jacuzzi zaczęła bulgotać głośniej – bąbelki podchodziły pod jej łydkę, muskały udo, rozbijały się o tę najwrażliwszą, najskrytszą część.
Para unosiła się między nami jak zasłona z mgły i dymu.
– Andrzeju… – znów ten głos w mojej głowie, ciepły jak miód i ostry jak szkło.
– …podejdź.
I wiedziałem, że podejdę.
Że już jestem jej.
Całkowicie.
Bez reszty.
Bez prawa do odwrotu.
Byłem jej własnością, jeszcze zanim dotknąłem jej skóry.
Opadłem na kolana.
Nie było w tym decyzji.
Było tylko prawo grawitacji, które nagle zmieniło kierunek: nie w dół, lecz ku niej.
Kolana uderzyły o chłodny marmur z głuchym, niemal kościelnym dźwiękiem.
Głowa sama się skłoniła, jakby ktoś pociągnął mnie za niewidzialną smycz.
Spojrzałem w górę, i wtedy naprawdę ją zobaczyłem.
Stała prosto, niemal sztywno, jakby ktoś właśnie postawił przed tobą żywą rzeźbę z kości słoniowej i ognia.
Nogi złączone, stopy równoległe, palce u stóp lekko zaciśnięte – jak baletnica w piątej pozycji, tylko że bez pointów, bez wysiłku.
Lewa ręka uniesiona, łokieć zgięty pod kątem prostym, dłoń położona płasko na tyle głowy – nie salutowała, nie kokietowała. Po prostu trzymała własną czaszkę, jakby sprawdzała, czy wciąż jest na swoim miejscu.
Czerwona podomka zsunęła się z prawego ramienia i zawisła na lewym, odsłaniając całe ciało – jedno ramię nagie, drugie jeszcze częściowo zakryte. Kontrast był nie do zniesienia.
Piersi – małe, wysokie, sterczące, z różowymi sutkami twardymi jak dwa ziarenka granatu.
Brzuch – płaski, napięty tak mocno, że skóra lśniła.
A pępek…
Boże, ten pępek.
Pionowa, głęboka elipsa, jakby ktoś wbił w nią palec i zostawił ślad na zawsze. Ciemny, wilgotny, przyciągający wzrok bardziej niż wszystko inne. Chciałem tam przyłożyć usta. Chciałem tam złożyć język. Chciałem tam zniknąć.
Niżej – między złączonymi udami – wąska, ciemna kreska.
Nie ruda.
Ciemna. Prawie czarna, krótko przystrzyżona kępka, starannie wygolona w idealny trójkąt, jakby ktoś narysował strzałkę: „tutaj”.
Czysta, dziecięca, a jednocześnie tak dorosła, że bolało patrzeć.
I ten uśmiech.
Nie szeroki. Nie wesoły.
Delikatny, ostry, jakby ktoś przeciął jej twarz niewidzialnym nożem i zostawił tylko tę jedną, doskonałą linię.
Kąciki ust uniesione o milimetr. Wargi wilgotne, ciemnoróżowe, lekko rozchylone – widać było koniuszek języka, który musnął dolną wargę i zaraz schował się z powrotem.
W jej oczach – tych absolutnie czarnych – zapaliło się coś nowego.
Nie nadzieja.
Nie litość.
Raczej ciekawość.
Jak u kota, który właśnie odkrył, że myszka potrafi klęczeć.
– Patrzysz… – usłyszałem w głowie, miękko, leniwie.
– Patrzysz i nie uciekasz.
Dobrze.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz